EDWARD CIESIELSKI

Wspomnienia oświęcimskie – fragmenty

Wspomnienia oświęcimskie Edwarda Ciesielskiego zostały wydane przez Wydawnictwo Literackie w 1968 roku.

UCIECZKA

Pewnego dnia, było to w marcu 1943 roku, przy­szedł do mnie Tomek (Tomek to Witold Pilecki, który przebywał w KL Auschwitz pod nazwiskiem Tomasza Serefińskiego – przyp. BW). Powiedział mi kiedyś, że organi­zacja nasza przeprowadziła już kilka ucieczek z obozu. Dopomogła także w ucieczce czwórki więźniów, którzy wydostali się na wolność samochodem komendanta obozu Hoessa. Kiedy nasi ludzie, więźniowie zatrudnieni w od­dziale politycznym, dowiedzieli się o mającej się odbyć egzekucji członków organizacji — porucznika Stefana Bieleckiego i porucznika Gawrona, obydwaj przy pomocy naszej siatki, działającej w wydziale zatrudnienia, przenie­sieni zostali do komanda "Harmęże" (ferma gospodarcza znajdująca się o parę kilo­metrów od obozu macierzystego, w której pracujący więźniowie mieszkali na miejscu),  skąd w przeddzień egzekucji zbiegli. Za ich pośrednictwem Tomek przesłał w głąb kraju meldunki o sytuacji w obozie.

Obecnie Tomek wtajemniczył minie w swoje plany. Powiedział, że on sam przygotowuje się do ucieczki z obo­zu. Zapytał, czy zechciałbym mu pomóc w jej zorganizo­waniu. Wyraziłem natychmiast nie tylko zgodę, ale także chęć towarzyszenia mu w tej ucieczce.

Tomek uzasadnił ceł ucieczki: a więc przede wszy­stkim chodziło o wyniesienie na wolność materiałów doty­czących zbrodni popełnianych przez hitlerowców w obozie oświęcimskim, a także o wiarygodne poinformowanie o wszystkim opinii publicznej świata. Dalszym naszym zadaniem miała być próba opracowania planu rozbicia obozu przez partyzantów i uwolnienia więźniów przy współudziale podziemnej organizacji obozowej. — Pamię­taj, Edek — tłumaczył Tomek — że nie chodzi o ratowa­nie własnej skóry z tego piekła, ale o cele ogólne.

Oświadczyłem, że jestem zdecydowany i że uczynię wszystko, aby cel ten osiągnąć. Czekam więc na rozkazy.

I tak zaczęliśmy czynić przygotowania do ucieczki. W kilka dni po tej rozmowie otrzymałem od Tomka buty. Następnie przyniosłem dla niego i dla siebie cywilne marynairki — wiatrówki, czarne damskie spodnie i cywilne koszule. Garderobę tę otrzymałem od członka naszej orga­nizacji, kapo Beklaidungskammer (magazynu odzieżowe­go), Bernarda Swierczyny. Schowałem ją w swojej szafce, w której przechowywana była czysta bielizna, przezna­czona dla więźniów bloku 20. W tydzień potem Tomek przyniósł kieszonkowy zegarek. Ukryłem go także między bielizną. Wreszcie po paru dniach Tomek „zorganizował" dolary w banknotach, ja zaś przygotowałem podręczną ma­łą apteczkę, zawierającą bandaże, jodynę, plastry i inne materiały opatrunkowe.

Marian Toliński, pracujący w aptece szpitalnej w blo­ku 28, przyrzekł mi, że dostarczy trzy dawki cyjanku po­tasu. Dlatego trzy, ponieważ Tomek zapowiedział, że z obozu uciekamy we trójkę. Trzeciego towarzysza naszej ucieczki dotychczas nie znałem.

[...]

20 kwietnia 1943 r. przeprowadziłem z Tomkiem dłuższą rozmowę na temat projektu naszej ucieczki. Był to ostatni tydzień przed świętami Wielkanocy. Ze wzglę­du na to, że Wielki Piątek jest u Niemców dniem wyjąt­kowo uroczystym, postanowiliśmy uciekać w tym właśnie dniu, licząc na zmniejszoną czujność esesmanów. Spora część załogi w okresie świąt była zresztą na urlopie. Ca­łość naszego przedsięwzięcia miała zależeć od tego, kiedy wyjedzie na urlop Arbeitsdienstfuhrer Hessler.

Ucieczka miała się odbyć przez obozową piekarnię. Pracował tam już trzeci nasz towarzysz, Jaś. Był oficerem rezerwy, a z zawodu nauczycielem (Jan Redzej, nr 5430, który pod nazwiskiem Jana Retke pra­cował w magazynie żywnościowym). Od kilku tygodni dokonywał gruntownego rozpoznania piekarni.

Jaś miał wyjątkową zdolność zjednywania sobie oto­czenia. Zawsze pełen humoru i dowcipu, wyróżniał się tym spośród innych. Już po tygodniu pracy w piekarni zdołał tam zostać przodownikiem zmiany. Według roz­poznania istniała możliwość ucieczki przez piekarnię. Na­leżało dorobić klucz do śruby, do której była przymoco­wana sztaba, przytrzymująca drzwi wejściowe do piekar­ni. W tym celu Jaś sporządził odcisk mutry w chlebie, przyniósł do obozu i przekazał Tomkowi. Na podstawie tego odcisku pewien kolega-ślusarz dorobił klucz.

Tomek w tym czasie pracował w paczkami i przebywał w bloku nr 3, Jaś w bloku nr 15, gdzie mieszkali wszyscy więźniowie zatrudnieni w piekarni. Po dorobieniu klucza Jaś zabrał go do piekarni. Sprawdził, czy nadaje się do odkręcenia mutry, a potem schował go w piekarni, w magazynie węgla.

Jak już wspomniałem, mieliśmy zamiar dokonania ucieczki w Wielki Piątek. Z uwagi na to, że SS-Hauptscharfuhrer Hessler pozostawał w okresie świątecznym w obozie i pełnił funkcję Arbeitsdienstfuhrera, byliśmy zmuszeni przesunąć termin. Nasza ucieczka była uzależ­niona od Hesslera o tyle, że piekarnia znajdowała się po­za najbliższym otoczeniem obozu. Było to tak zwane Aussenkommando (zewnętrzny oddział pracy), a skiero­wania więźniów do pracy w Aussenkommando wydawane i podpisywane były przez Hesslera. Nie otrzymalibyśmy nigdy takich skierowań. Na ich wydanie musiała być wy­rażona zgoda oddziału politycznego, który tylko nielicznym Polakom zezwalał na pracę poza obozem w godzinach, kiedy ściągnięty był wielki łańcuch straży.

Postanowiliśmy odłożyć ucieczkę do drugiego dnia świąt Wielkanocy. W Wielką Sobotę zaczęliśmy działać. Aby dostać się do piekarni, należało przede wszystkim znaleźć się w bloku nr 15. Tomek, jako pracownik pacz­kami, chcąc dostać się do jakiegoś innego oddziału pracy, musiał przede wszystkim mieć na to zgodę swego SS-Kommandofuhrera. Ubieganie się o to byłoby wprost szaleń­stwem, ponieważ rzuciłoby podejrzenie ma Tomka. Dla­tego postanowiliśmy spróbować innej drogi.

W Wielką Sobotę, 24 kwietnia, po apelu wieczornym udałem się z Tomkiem do ambulatorium w bloku nr 28. Chodziło o przyjęcie Tomka do szpitala. Omówiłem je wcześniej z Marianem Tolińskim. Tomka Serafińskiego na­leżało umieścić w bloku 20. Toliński za pośrednictwem dr Dima spowodował przyjęcie Tomka do szpitala, a ponieważ chodziło nam o umieszczenie go w bloku 20, dr Dim zakwalifikował go jako podejrzanego o tyfus pla­misty.

Umieściłem Tomka w sztubie Janusza Młynarskiego. Teraz trzeba było przygotować szybkie wypisanie Tomka ze szpitala w odpowiednim momencie. Zwolnienie to uza­leżnione było od zgody lekarza-więźnia, dr Władysława Fejkla. Dr Fejkiel przyrzekł mi, że kiedy tylko zechcę, Tomek Serafiński będzie ze szpitala zwolniony.

Nieco trudniej było załatwić moje zwolnienie. Byłem pracownikiem szpitala niejako etatowym. Figurowałem na liście sanitariuszy. Zgodę na to musiał wyrazić Lageraltester-Krankenbau, więzień polityczny Niemiec, przywiezio­ny przed pół rokiem z Dachau.

Aby dostać się ze szpitala do bloku 15 i otrzymać skierowanie do pracy w piekarni, należało mieć pisemne skierowanie Arbedtsdienstfiihrera Hesslera, zaopatrzone w jego podpis i pieczęć. Sporządziłem dwa takie fałszywe skierowania — dla siebie i Tomka. Od pracownika kance­larii, którego nazwiska niestety nie znam, otrzymałem dwa oryginalne blankiety skierowań do pracy z .nazwiskiem Hesslera i jego pieczęcią. Były wystawione na inne na­zwiska i do innych oddziałów pracy. Wywabiłem to, co było wypisane na blankietach atramentem. Potem wypisa­łem w pustych miejscach nazwiska moje i Tomka.

Czekaliśmy teraz do drugiego dnia świąt wielkanoc­nych. Rano w Wielki Poniedziałek zameldowałem się u blo­kowego Paula i okazałem mu skierowanie do pracy w pie­karni. Paul mocno się zdziwił. Poprowadził mnie do Lageraltestera, protestując, że jego sanitariusz został ni stąd, ni zowąd skierowany do piekarni. Lageraltester zapytał mnie, czy nie jestem z zawodu piekarzem i czy nie jest to odnotowane w kartotece. Udając zdziwienie — zaprze­czyłem. Nigdy z piekarnictwem nie miałem nic wspólne­go — tłumaczyłem — i to skierowanie jest zapewne jakąś pomyłką, ale nie mogę przecież sprzeciwić się zarządze­niom SS-Hauptscharfuhrera Hesslera. Dlatego muszę iść dzisiaj do pracy w piekarni, proszę jednak, aby Lageraltester i blokowy w dniu jutrzejszym reklamowali mnie i wyjaśnili pomyłkę. Obaj zgodzili się na to. Spadł mi ciężki kamień z serca.

Z uwolnieniem Tomka nie było trudności. Dr Fejkiel zaopiniował, że jest on zdrowy, a diagnoza dotycząca jego objawów tyfusu była mylna.

Było już popołudnie. Wyjąłem z szafki przygotowane narciarki, wiatrówkę i spodnie i poszedłem do ciemni rentgena w bloku 28. Tu czekał na mnie Witold Kosztow­ny z Warszawy, pracujący jako laborant. Wiedział o tym, że planuję ucieczkę, ale nie znał wszystkich szczegółów. Poprosiłem go, aby pilnował, by nikt nie wchodził do ciemni. Szybko przebrałem się w cywilne ubranie, na nie włożyłem więzienne pasiaki. W ten sposób przebrał się także Tomek. Potem z pracownikiem kancelarii szpitalnej poszliśmy do bloku 15. Kancelista zameldował nas blo­kowemu, oddając mu nasze karty personalne i skierowania do piekarni.

Blokowy dokładnie przejrzał papiery, a potem zapro­wadził nas do sztuby, w której mieszkali piekarze. Tu przekazał nas w ręce kapo piekarni. Był nim Niemiec z Czech, przebywający w Oświęcimiu zaledwie miesiąc. Kapo wyraził zdziwienie, że przydzielono mu dwójkę no­wych piekarzy. Tłumaczył blokowemu, że komando ma

przecież pełny stan piekarzy. Ale blokowy pokazał mu skierowanie, które ostatecznie przecięło dyskusję.

Piekarnia pracowała na dwie zmiany: dzienną i noc­ną. Powinniśmy koniecznie dostać się na zmianę nocną, i to od razu w tę pierwszą noc. Następnego dnia nasz pod­stęp mógł zostać ujawniony. A wtedy, jako podejrzani o chęć ucieczki, musielibyśmy pożegnać się z tym światem. Wśród piekarzy znajdował się w sztubie nasz przyjaciel Jaś. Oczywiście udawaliśmy, że się w ogóle nie znamy.

Kapo zapytał nas, w jakiej piekarni pracowaliśmy. Było to dla mnie bardzo kłopotliwe pytanie. Nie miałem zielonego pojęcia, jakie w ogóle istnieją piekarnie. Z tej kłopotliwej sytuacji wyratował nas Jaś. Powiedział spryt­nie, że nas zna, że pracowaliśmy w piekarni mechanicznej. Dodał przy tym, że wydział zatrudnienia więźniów praw­dopodobnie kompletuje już piekarzy do mającej powstać nowej piekarni mechanicznej. Kapo pokiwał głową, mach­nął ręką i odczepił się od nas.

Cała trudność polegała teraz na tym, aby koniecznie jeszcze dzisiaj pójść na nocną zmianę. O tym decydował wyłącznie kapo piekarni. Należało zachować szczególną ostrożność, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń.

Była już trzecia po południu. Zjedliśmy obiad, a po obiedzie odbył się tak zwany „wszawy apel". Do poszcze­gólnych bloków przychodzili koledzy ze szpitala — pielęg­niarze, lekarze i sanitariusze. Dokonywali przeglądu bie­lizny więźniów, szukając wszy. Staliśmy rozebrani do pasa. Trzymając w rękach koszule podchodziliśmy kolejno do kontrolera, który przeglądał każdy załomek koszuli. Sta­łem tuż za Tomkiem.

— Tomku, to już nasz na pewno ostatni wszawy apel — szepnąłem mu do ucha.

—    Nigdy nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz — odparł Tomek spokojnie.

Po apelu kapo piekarni zadecydował, że Tomek pój­dzie w dniu dzisiejszym na nocną zmianę. Ktoś z tej zmiany czuł się niezdrowy.

—     Ty — powiedział, wskazując na mnie — pój­dziesz jutro na zmianę dzienną.

Była to decyzja przekreślająca nasze plany. Zgodziliś­my się, aby nie wzbudzić najmniejszego cienia podejrze­nia. Postanowiliśmy wziąć kapo fortelem.

Jak już wspomniałem, w roku 1943 zezwolono do Oświęcimia dostarczać paczki żywnościowe, a poza tym istniała „Kanada", gdzie spryciarze organizowali różne artykuły żywnościowe. Mieliśmy kilku takich znajomych. Ponieważ był to drugi dzień świąt Wielkanocy, a więc dzień wolny od pracy, można było odszukać ich na tere­nie obozu. Czasu było mało. Zdobyłem jednak dwa pszen­ne chleby ze szpitala. Jaś i Tomek przynieśli sardynki i ka­wałek pieczonej kury. Ulokowaliśmy się w końcu naszej izby. Postaoowiliśmy urządzić kolację, na którą zaprosi­liśmy naszego kapo. Kapo był młodym więźniem obozu oświęcimskiego. Dla niego te wszystkie przysmaki były niedostępne. Kiedy je zobaczył, oniemiał z podziwu. Stał się nagie dla nas bardzo życzliwy. Częstowaliśmy, jadł, ile chciał, a to, co zostało na zaimprowizowanym stole, po­darowaliśmy mu. Chciał się jakoś zrewanżować. Powie­dział, że przydzieli nam lepsze łóżka, a ponieważ praca nocna bardzo wyczerpuje, załatwi dla całej trójki dzienną zmianę. Byliśmy przerażeni. Na szczęście wpadłem na pomysł.

—    Dzienna zmiana to nie dla nas — powiedzia­łem. — Powiniśmy się tak odżywiać codziennie. Niech kapo spojrzy na nasze numery. Jesteśmy starymi oświęcimiakami. Nie ma dla nas tajemnic. Wszystkie źródła zdo­bycia żarcia są dla nas dostępne. Mamy wszędzie kole­gów: w „Kanadzie", w magazynie żywnościowym, w kuchchni, w paczkami. Jedzenie takie możemy mieć codziennie. Ale zorganizować je jest możliwe tylko w ciągu dnia. Naj­lepiej więc będzie, jeśli będziemy pracować na nocną zmianę. W dzień możemy się zająć organizacją żywności.

— Ależ to nic trudnego — żachnął się — pójdziecie od dziś na nocną zmianę.

Kapo zapisał nasze numery, umieszczając je na liście zmiany nocnej i oddał ją blokowemu. Spadł nam kamień z serca. Zmiana nocna była pewna i teraz nikt nie mógł odkryć, że w tę właśnie noc mamy zamiar uciekać z obo­zu, tym więcej że kapo informował nas, że wymarsz zmia­ny nocnej do pracy następuje około godziny 18.

O naszych zamiarach wiedział Marian Toliński i Wi­told Kosztowny. Około godziny 17 po południu zjawili się razem w bloku 15. Poszedłem z Tolińskim do ubikacji. Tu dał rni trzy maleńkie celuloidowe kapsułki, zawiera­jące straszną truciznę — cyjanek potasu. Każda kapsułka przeznaczona była dla jednego z nas. Powrotu do obozu dla nas więcej nie było. Gdybyśmy wpadli, wystarczyłoby przegryźć kapsułkę, a śmierć nastąpiłaby natychmiast.

Podziękowałem Marianowi za ten cenny dar i nastą­pił moment serdecznego pożegnania. Obaj rozpłakaliśmy się. Wiedziałem, że mogę być za kilka godzin wolny, ale mimo wszystko nie mogłem się oprzeć wzruszeniu i smut­kowi, że pozostawiam w tym piekle serdecznego przyjacie­la. Podobny przebieg miało pożegnanie z Witkiem Kosz­townym.

Tomek Serafiński jeszcze po południu wytrzasnął skądś przybory do golenia. Powierzył je mojej opiece. Czekaliśmy na wymarsz komanda do pracy. Było to ogromnie denerwujące.

Jeszcze raz w myślach kontrolowaliśmy, czy nie za­pomnieliśmy o jakimś szczególe podczas przygotowań. A więc cywilne koszule, wiatrówki, spodnie, które były ukryte pod pasiakami. Jaś miał swoje ubranie cywilne w bardzo dobrym stanie. Z powodu braku pasiaków część więźniów otrzymywała ubrania cywilne, na których olejną czerwoną farbą wymalowane były pasy. Na spodniach przypominały szerokie lampasy. Na marynarkach miały kształt wielkiego krzyża. Jaś zaopatrzył się przezornie w wyjątkowo dobre ubranie. Usunął olejne pasy i w ich miejsce wymalował nowe oznakowanie farbą z kredy. Można je było w ciągu kilku minut wykruszyć i wyczyścić, tak że zupełnie znikało. Tomek posiadał przybory do go­lenia, zegarek kieszonkowy i kilkaset dolarów. Każdy z nas zaopatrzony był w bandaż, jodynę i plastry.

Około godziny 18 wbiegł do naszej sztuby goniec z bramy głównej i zawołał: — Kommando Backerei antreten! („Piekarnia" wystąp!) Teraz nasze nerwy były napięte do ostatnich granic. Staraliśmy się jednak zachować zu­pełny spokój.

Szybko podążyliśmy w kierunku bramy głównej. Ustawiliśmy się trójkami. Było nas ośmiu więźniów. Trzej pracowali w piekarni SS, wypiekającej chleb dla esesmanów. Piątka miała tej nocy pracować w piekarni, wypie­kającej chleb dla obozu. Znalazła się w niej nasza trójka. Czekaliśmy chwilę przy bramie. Podszedł do nas oficer SS z kartką w ręku. Odczytał z niej poszczególne numery więźniów,  sprawdzając przy tym nazwiska i daty urodze­nia.

Kiedy krzyknął w stronę wartownika, że wszystka zgadza się, ten otworzył bramę. Otoczyło nas sześciu uzbro­jonych esesmanów. Ruszyliśmy równym krokiem. Otwie­rający bramę podoficer SS zawołał ku naszej eskorcie: — Nie spuszczajcie z nich oka, żeby żaden z tych psów nie uciekł!

Po plecach przeszły mi ciarki. Czyżby coś o nas wie­dział? Ale to przecież niemożliwe? Nawet Tomek Serafiński zwrócił ku mnie głowę. W jego oczach ujrzałem cień niepokoju. Kiedy oddalaliśmy się od bramy, szep­nąłem mu, że gdyby podejrzewano nas o ucieczkę, nie wypuszczono by nas za bramę.

Dzień był wyjątkowo piękny. Słońce chyliło się ku zachodowi. Z dala na horyzoncie widać było groźne czar­ne chmury zwiastujące deszcz, który w naszej sytuacji bardzo był pożądany.

Spośród eskortujących nas esesmanów wyróżniał się szczególnie jeden, nieprzyjemny, ryży młodzik. Poganiał nas przekleństwami, wymyślał nam, że nie idziemy równym krokiem, ostrzegał histerycznie, że jeśli ktoś wystąpi o pół kroku z szeregu, będzie natychmiast strzelać.

Maszerowaliśmy środkiem szosy w kierunku mia­steczka Oświęcim. Po drodze mijali nas przechodnie. Byli to przeważnie esesmani, spacerujący z piskliwie chicho­czącymi dziewczętami.

Uszliśmy już około kilometra. Przy skrzyżowaniu dróg nastąpił podział grupy na dwie części. Trójka więźniów z trzema esesmanami skręciła w prawo do piekarni SS. Po­została piątka i trzej esesmani z eskorty skierowali się na drogę skręcającą w lewo. Obserwowałem dwóch nie zna­nych mi więźniów, idących obok nas. Mieli wysokie nu­mery, byli w obozie od niedawna. Czy można było na nich liczyć? Czy nie podniosą alarmu, kiedy odkryją, że ucie­kamy? Rozważaliśmy już przedtem ewentualność, czy nie należałoby im ułatwić wydostanie się z piekarni, z tym że po ucieczce pozostawilibyśmy ich własnemu losowi. Do­szliśmy jednak do wniosku, że lepiej tę myśl odrzucić. Zda­niem Jasia i Tomka winniśmy zachowywać w stosunku do nich jak najdalej idącą ostrożność.

Zbliżaliśmy się już do budynku, w którym mieściła się piekarnia. Przyglądałem się mu z zainteresowaniem. Był to dość duży budynek z czerwonej cegły, przypominający swym wyglądem wielki młyn. W pobliżu nie było żadnych zabudowań. Drogą spacerowało bardzo dużo lu­dzi. Byli przeważnie odświętnie ubrani. Odnosiłem wra­żenie, że większość tych ludzi to Niemcy. Polacy byli z tych terenów wysiedleni. Pozostała tylko nieliczna gru­pa, pracująca w przemyśle i na kolei.

Skręciliśmy w prawo. Obeszliśmy dookoła budynek piekarni. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami wejściowymi. Wokół budynku nie było żadnego ogrodzenia, przestrzeń zupełnie otwarta. Na dziedzińcu przed piekarnią stało kilka taczek oraz leżały ułożone w sągi polana drzewa. Niebo zaciągnęło się chmurami, zaczęły właśnie spadać pierwsze krople deszczu. Postenfuhrer (dowódca strażników) podszedł do drzwi. Wyjął ze skórzanej raportówki klucze, otworzył kłódkę, zdjął ze skobla, odrzucił na bok stztabę przytrzymującą żelazne drzwi, następnie otworzył je i wszedł do wnę­trza. My zaś w otoczeniu dwóch esesmanów czekaliśmy przed budynkiem piekarni.

Po chwili esesman wyszedł z piekarni, a za nim dzien­na zmiana, składająca się z pięciu więźniów i dwóch war­towników SS. Wtedy nasi wartownicy rozkazali nam wejść do piekarni. Podążyli za nami. Zamknęli drzwi na klucz. Z zewnątrz słychać było zgrzyt zakładanej żelaznej sztaby i szczęk zamykanej kłódki. Dokonał tego zapewne Postenfuhrer, ten sam, który nosił klucze w raportówce i który teraz miał odprowadzać dzienną zmianę do obozu.

Drzwi zamykające wejście do piekarni były z solidnej blachy żelaznej. Otwierały się na zewnątrz. Od wewnętrz­nej ich strony prawe skrzydło było zabezpieczone dwiema żelaznymi zasuwami. Z zewnątrz oba skrzydła zabezpiecza­ła żelazna sztaba zamykana na kłódkę. Lewy koniec szta­by tkwił na śrubie, na której od strony wewnętrznej na­kręcona była mutra. Była niewidoczna, zamalowana wap­nem.

Od wejścia biegł mały korytarzyk. Naprzeciwko drzwi znajdowała się ubikacja. Po lewej stronie korytarza było wejście do drewutni i magazynu węgla. Z drewutni przez podwójne drzwi wchodziło się do pomieszczenia, w którym wmontowany był olbrzymi kocioł do podgrzewania wody o objętości do 150 litrów. W pomieszczeniu tym stał sto­lik i trzy krzesła. Nad stolikiem w skrzynce za szybką, przez którą widać było czerwony guzik przycisku, znajdo­wało się urządzenie alarmowe. Nad szybką umieszczony był napis w języku niemieckim: Scheibe einschlagen, Knopf druckenl (Wybić szybę, nacisnąć guzik!) Przy sto­liku siedzieli zwykle pilnujący więźniów esesmani. Jeden z nich uzbrojony był w pistolet maszynowy typu „Bergmann" i broń krótką. Drugi zaś posiadał karabin typu „Mauser" i pistolet „Parabellum". Jeden z esesmanów zajął miejsce tuż przy dzwonku alarmowym, drugi obok paleniska przy kotle. Pomieszczenie to było oddzielone małym korytarzem od magazynu mąki i chleba oraz hali piekarniczej, w której stały piece do wypieku, elektryczne dzieże do rozrabiania ciasta i inny sprzęt piekarski.

W korytarzu, do którego wiodło kilka schodów, znaj­dował się telefon. Esesman siedzący przy palenisku mógł obserwować go. Magazyn mąki i chleba oraz hala piekar­nicza nie miały drzwi. Przechodziło się do nich przez pu­ste framugi.

W piekarni oprócz więźniów pracowali także jako majstrowie cywilni robotnicy. Było ich trzech. Rozmawia­li z nami po polsku. Nie wiedzieliśmy jednak, czy są Polakami. Mogli być także okolicznymi Vołksdeutschami. Byli to zawodowi piekarze, wynagradzani za pracę przez administrację obozu. Nasze komando służyło im tylko do pomocy przy wypieku chleba, wykonywało najczarniejszą robotę, wymagającą sporego wysiłku fizycznego.

Kiedy ich ujrzałem, uwijali się przy cieście odziani tylko w gimnastyczne spodenki i okryci długimi, białymi fartuchami. Ich ubrania wisiały w drewutni na hakach. Były na oko porządne — odświętne. Zwróciłem na to uwagę Tomkowi. Tomek w lot zrozumiał moje intencje, ale powiedział: — Nie będziemy zabierać im ubrań, naj­wyżej tylko czapki.

Na hakach zawieszone były dwie cyklistówki i kape­lusz. To było dla nas bardzo ważne. Mogły osłonić nasze golone głowy, które podczas ucieczki byłyby aż nadto wy­raźną wskazówką, skąd pochodzimy.

— Wzięcie cywilom ubrań — mówił Tomek — by­łoby po prostu kradzieżą. Nie wiemy, kim są ci ludzie. Może to rzeczywiście Polacy. Nie możemy wyrządzić im krzywdy, narazić ich na stratę materialną. Gdyby tak się stało, mogłoby nam się nie poszczęścić.

Argumenty Tomka przekonały mnie. Przestałem my­śleć o tej wyjątkowej wprost okazji przedzierzgnięcia się w ludzi cywilnych. Zająłem się dalszą penetracją piekar­ni. We wszystkich oknach wmontowane były kraty, a po­między kratami druciane siatki. Cała piekarnia była do­kładnie zabezpieczona.

Cywilni majstrowie wyrazili zdziwienie, dlaczego przy­prowadzono dwóch nowych.

—    Jesteście piekarzami? — pytali mnie i Tomka.

—    Nie — odrzekliśmy.

—    No to dlaczego was tutaj przyprowadzono?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił im Jaś. Wyjaśnił, że tamtych zabrano w transport, natomiast mnie i Tomka przydzielono w ich miejsce, aby skompletować komando. Jutro ma się nas wymienić. Zostaniemy zastąpieni fa­chowcami, a dzisiejszą zmianę musimy się jakoś przemordować. Łatwo można się było zorientować, że to przeko­nało cywilów, tym więcej że Jaś posiadał u nich pewien autorytet. Widać było, że go nawet lubili.

Majstrowie przydzielili nam pracę. Tomek miał wy­rabiać ciasto i sporządzać bochenki chleba, ważyć je i ukła­dać na desce. Ja, na razie, otrzymałem polecenie wygar­nięcia rozżarzonych węgli z pieca. Otrzymałem mokrą szmatę, umocowaną na długim kiju. Z pieca buchał okrop­ny żar. Pracowałem w koszuli, a pot ściekał mi po całym ciele. Rozżarzony węgiel spadł mi za koszulę. Nim go zdo­łałem wyjąć, zdążył mnie dotkliwie poparzyć, w koszuli natomiast wypaliła się dziura. Dość długo trwało, zanim uporałem się z piecem. Węgiel trzeba było wygarniać po każdej partii upieczonego chleba.

W piekarni znalazłem się po raz pierwszy w życiu. Do chwili tej nie zdawałem sobie sprawy, że jest to tak ciężka praca. Patrząc na Tomka (zauważyłem, że i on męczy się strasznie. Pot ściekał mu z twarzy i czoła, a w żaden sposób nie mógł oderwać się od ciasta. Cywile poganiali go, on zaś nie był w stanie przyśpieszyć pracy. Z tej sytuacji wyratował go Jaś. Zwrócił się do majstrów, by nie szykanowali Tomka, bo on jest księdzem z Wilna. Nie należy się dziwić, że nie może podołać pracy, która wymaga sporych umiejętności i wprawy. Stosunek piekarzy do Tomka natychmiast zmienił się nie do poznania. Zaczęli teraz pomagać mu i wyręczać go.

Miałem już dość pracy przy piecu. Chciałem oszczę­dzić sił na trudy, jakie mnie czekały za parę godzin. Pod­nosząc długą deskę ze znajdującymi się na miej surowymi bochenkami chleba, które miałem wsadzić do pieca, prze­wróciłem się na podłogę. Udawałem, że wiję się z bólu. Na pytania majstrów odpowiedziałem jęcząc, że trzasnęło mi coś w krzyżu i nie mogę się podnieść ani ruszyć z miej­sca. Musiałem dobrze odegrać tę scenę, ponieważ Jaś pod­biegł do mnie bardzo zdenerwowany i chciał mi pomagać. Szepnąłem do niego:

—     Nie martw się, nic mi się nie stało. Udaję, aby urwać się do lżejszej roboty.

Jeden z cywilów zameldował esesmanowi o moim ,,wypadku". Trafił akurat na owego ryżego. Ten podszedł do mnie. Zapytał:

—     Ile masz lat?

—     Siedemnaście — odpowiedziałem, choć miałem wówczas 21 lat.

—     Jak długo siedzisz?

—      Ponad dwa lata.

—     I jeszcze żyjesz? — ironizował esesman.

Pytanie zostawiłem bez odpowiedzi. Esesman kazał mi wziąć pusty worek po mące i położyć się na nim na chwilę w korytarzu.

— Jutro nie chcę cię tutaj widzieć. A teraz precz! — krzyczał.

Kulejąc, zgięty w pół z rzekomego bólu, powlokłem się korytarzem. Tu ułożyłem się wygodnie na worku. Moi to­warzysze pracowali nadał. Mogłem stąd doskonale obser­wować obu strażników. Siedzący przy stole obok dzwon­ka alarmowego pisał list do kogoś chyba bliskiego. Często przerywał pisanie, wyjmował z portfelu jakieś zdjęcie i wtedy na twarzy błądził mu lekki uśmiech. Drugi eses­man siedział obok paleniska koło kotła i bezmyślnie wpa­trywał się w żarzące się węgle.

Zgodnie z relacjami Jasia, esesmani co godzinę pod­chodzili do telefonu. Składali meldunek o sytuacji na ich posterunku. Co pewien czas pod piekarnię przyjeżdżał oficer inspekcyjny kontrolujący nocne posterunki. Za ok­nem słychać było wtedy jego nawoływanie. Strażnik pod­chodził wówczas do okna i głośno meldował się. Po ta­kiej kontroli podchodził do telefonu i rozmawiał z główną wartownią, niezależnie od meldunków składanych co go­dzinę. Łączność z główną wartownią utrzymywana była przez całą noc.

Esesmani podczas nocnej służby w piekarni — jak nas informował Jaś — przyrządzali sobie kolację. Goto­wanie kawy czy herbaty polecali jednemu z więźniów. Znając ten zwyczaj strażników, nosiliśmy się z zamiarem wsypania im do kawy środka nasennego. Dostarczył go nam Marian Tolińskd. Zawierał prawdopodobnie weronal i jakieś inne składniki usypiające, specjalnie przygotowane przez Mariana. Jedną torebkę tego środka posiadał Jaś, drugą ja.

Po zakończeniu pieczenia każdej partii chleba piece piekarnicze rozpalano na nowo. Więźniowie udawali się wówczas do drewutni i do magazynu z węglem po nową porcję opału. Musieli wtedy przechodzić przez pomieszcze­nie, w którym przebywali esesmani. Drzewo i węgiel nosi­li w skrzyniach z uchwytami, w jakich nosi się wapno i ce­głę na budowę. Powoli zapadała noc. Już czterokrotnie moi koledzy wyjmowali chleb i rozpalali piece.

Leżąc w korytarzu obserwowałem urządzenie alar­mowe. Kable łączące przycisk z główną wartownią prze­biegały pod ziemią. Kable telefoniczne normalnie biegły po ścianie. Obydwa kable były zamontowane w pobliżu siebie, właśnie w korytarzyku, tuż obok mnie. Wszystkie te urządzenia były już szczegółowo zbadane przez Jasia i w naszym planie działania mieliśmy dokładnie opracowane ich unieruchomienie.

Po dwu godzinach od chwili mojego nieszczęśliwe­go wypadku przyszedł do mnie ryży esesman. Zapytał, wrzeszcząc, jak się czuję. Odpowiedziałem, że znacznie le­piej. Strażnik ryknął:

—     Wstań! Przysiad! Wstań! Przysiad!

Udając ogromny ból, z trudem zrobiłem kilka przy­siadów.

—     Nie jest tak źle — orzekł esesman. — Marsz do pracy, to ci dobrze zrobi!

Kazał mi wziąć łopatę i z magazynu nosić węgiel, i wrzucać go na palenisko pod kotłem do gotowania wo­dy. Sytuacja zaczęła się układać niepomyślnie. Pracowa­łem pod okiem esesmanów, a tu zbliżała się już godzina 22,30. Czas zaczął uciekać coraz szybciej. Należało już niezwłocznie przystąpić do realizacji naszego planu.

[...]

Pilnujący nas esesmani siedzieli na swych miejscach. Jeden przy stole obok sygnału alarmowego, drugi obok pieca przysmażał na węglach kiełbasę.

Jaś i Tomek znajdowali się w drewutni. Była właś­nie krótka przerwa na przygotowanie węgla do rozpalania pieców. Wyszedłem do drewutni, aby pozorować, że ra­zem z Tomkiem i Jasiem przygotowujemy materiał do rozpalania palenisk. Ponieważ było nas trzech, mieliśmy pew­ność, że majstrowie nie wyślą już do drewutni dwóch po­zostałych więźniów. Nakładałem węgiel na taczki, a To­mek rąbał drzewo na drobne kawałki. W tym czasie Jaś wydobył klucz od skrytki w węglu i podszedł do drzwi wejściowych, aby odkręcić mutrę przytrzymującą sztabę.

Jaś mocował się z drzwiami. Ja i Tomek pracowaliś­my głośno i zawzięcie, aby do uszu esesmanów nie doszły przypadkiem stuki wywoływane odbijaniem sztaby.

W chwili gdy wszystko było już na najlepszej dro­dze, do pomieszczenia, w którym znajdowaliśmy się, wszedł magle ryży esesiman. Serce mi zamarło z przerażenia. Byłem przeświadczony, że Jaś zostanie schwytany na gorącym uczynku przy otwieraniu drzwi i że wszystko się wy­da. Przestaliśmy natychmiast pracować. Było to uprzed­nio umówionym znakiem dla Jasia, że grozi nam niebez­pieczeństwo.

Pomyślałem sobie, że esesman po prostu usłyszał stu­ki rozlegające się przy drzwiach wejściowych i przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Drewutnię wypełniła śmiertel­na cisza.

Esesman groźnie popatrzył na nas i zapytał:

— Wo ist der dritte? (Gdzie jest ten trzeci?)

Odpowiedziałem niezbyt pewnie, że nie wiem, o ja­kiego trzeciego mu chodzi. Esesman skierował kroki ku drzwiom, przy których majstrował Jaś. Byłem pewien, że nastąpi teraz katastrofa. Ale o dziwo, esesman dosłownie po paru sekundach wyszedł spokojnym krokiem z koryta­rzyka wiodącego od drzwi wejściowych, minął nas obo­jętnie i udał się na swe miejsce przy stoliku, gdzie dyżu­rował jego kolega.

Nie mogłem pojąć, co się stało. Ale właśnie wszedł do drewutni roześmiany Jaś.

—   Zrobione — powiedział z ulgą.

—    Jak to było, że nie zaskoczył cię ryży? — zapy­tałem.

—    Zwyczajnie — odpowiedział Jaś — zorientowa­łem się natychmiast w sytuacji. Kiedy usłyszałem, że ry­ży pyta o mnie, wskoczyłem do ubikacji znajdującej się naprzeciwko drzwi, ściągnąłem spodnie i usiadłem na se­desie. Esesman zastał mnie siedzącego w klozecie: Ach, tutaj jesteś — odezwał się. Następnie oświetlił drzwi latar­ką, przyjrzał się im dokładnie, i uspokojony, że wszystko jest w porządku, poszedł sobie. Ale jeśli chodzi o drzwi, to najwyraźniej oślepł. Tam przecież było widać dokładnie ślady mojej roboty — mówił Jaś podniecony.

—    Teraz przystępujemy do dalszej części — prze­rwał Tomek. — Ty, Edek, przetniesz telefoniczny kabel dzwonka alarmowego.

Dał mi dobrze wyostrzony scyzoryk. Udałem się na korytarzyk, gdzie znajdował się telefon. Umieszczony był na specjalnej półce. Pod ścianą obok półki stał worek z mąką, przygotowany wcześniej, aby łatwiej można było się dostać do miejsca, w którym miały być przecięte ka­ble. Było to ryzykowne przedsięwzięcie. Telefon i ta część korytarza były w polu widzenia esesmana siedzącego przy piecu. Wystarczyło, aby obejrzał się do tyłu. Widziałby wszystko jak na dłonii. Na szczęście zajęty był smażeniem kiełbasy w palenisku podgrzewającym wodę w kotle. Szyb­ko i bezszelestnie wszedłem na worek z mąką. Dwoma ruchami odgiąłem kabel dzwonka alarmowego. Trwało to parę sekund. Spokojnie zszedłem z worka, wziąłem łopatę z węglem, rzuciłem na nią kawałki kabla i wraz z wę­glem wsypałem do pieca. Chciałem zatrzeć ślady, ale po­stąpiłem, jak się za chwilę okazało, bardzo nieostrożnie. Kabel był izolowany gumą. Zapłonęła na rozżarzonych węglach, wydając swoisty zapach. Esesman natychmiast go poczuł. Zaczął wrzeszczeć na mnie, co za świństwo wrzucam do pieca, które tak potwornie śmierdzi. Odpo­wiedziałem, że mie wiem, co to jest. Prawdopodobnie coś było w węglu i stąd tak nieprzyjemna woń.

Esesman sklął mnie i kazał wrzucać do pieca czysty węgiel. Tak jeden nieprzemyślany szczegół: co zrobić z od­ciętym kawałkiem kabla — mógł nas wszystkich koszto­wać życie.

W chwilę po przecięciu kabla przywołał mnie majster i kazał nosić wodę do elektrycznych mieszadeł. Do każ­dego miałem przynieść po kilka wiader zimnej i gorącej wody. Odmówić wykonania rozkazu nie mogłem. Mogłoby to natychmiast wzbudzić podejrzenie. Zabrałem się więc do noszenia. Ponieważ napełnienie jednego wiadra pod kranem zajmuje sporo czasu, a powinienem napełnić ta­kich wiader kilkanaście, byłem zrozpaczony tą nieprzewi­dzianą przeszkodą. Do ucieczki było już wszystko przygo­towane. Należało jak najszybciej przystąpić do działania. Uniemożliwiał je majster idiotycznym rozkazem. Za ok­nem rozległ się głos oficera inspekcyjnego. Byłem prze­rażony. Wiedziałem przecież, że po tej kontroli pilnujący nas esesmani składają meldunek telefoniczny do głównej wartowni. A telefon jest już nieczynny, kabel przecięty. Pociemniało mi w oczach, poczułem zawrót głowy. Za chwi­lę wszystko się wyda, gdy esesman podejdzie do telefonu. Myślałem gorączkowo, szukając jakiegoś wyjścia z tej sytuacji. Sekundy wydawały się godzinami. Cóż za strasz­ny zbieg okoliczności. Jeszcze kilka minut i już nie byłoby nas w piekarni.

Z przerażeniem wpatruję się w esesmana. Odchodzi od okna szybkim krokiem, idzie w stronę nieczynnego aparatu telefonicznego, mija go, siada obok pieca i chwy­ta za pozostawioną na rozżarzonych węglach kiełbasę.

Drugi esesman jest w dalszym ciągu zajęty pisaniem listu. Nie zwraca na nic uwagi. Wydaje się, że oderwany jest zupełnie od rzeczywistości. Odetchnąłem z ulgą. Sy­tuacja na krótki moment jest uratowana. Prawdopodob­nie esesman złoży meldunek telefoniczny po zjedzeniu ko­lacji.

Nagle podbiega do mnie zdenerwowany Tomek. Na­tychmiast opuszczamy piekarnię — mówi — każda se­kunda jest droga. Lada chwila może się wszystko tragicznie zakończyć. Zdawałem sobie z tego sprawę rów­nie dobrze jak Tomek. Nie było już ani sekundy do stracenia.

Poszedłem do majstra i powiedziałem mu, że przy­niosłem już odpowiednią ilość zimnej wody, a teraz będę nosić gorącą. Piekarz kiwnięciem głowy wyraził zgodę.

Wziąłem do ręki puste wiadro, przeszedłem przez ko­rytarzyk, w którym znajdował się nieczynny telefon, na­stępnie przez izbę, w której siedzieli pilnujący nas eses­mani. Puste wiadro postawiłem po drodze obok kotła z gotującą się wodą i udałem się w kierunku drzwi.

Stali już przed nimi Tomek i Jaś. Drzwi wewnętrzne oddzielające korytarz od izby, w której siedzieli wartow­nicy, zabarykadowałem ciałem, trzymając kurczowo klam­kę. W tym czasie Tomek i Jaś starali się silą wyważyć główne wrota. Były jeszcze zamknięte na klucz, ale po­nieważ sztaba z zewnątrz już ich nie przytrzymywała i zasuwy zostały odsunięte, spodziewaliśmy się, że zdołamy siłą je wypchnąć i że rygiel zamka wyskoczy.

Kilkakrotne próby Tomka i Jasia napierania na drzwi nie dawały żadnego rezultatu. Poczułem nagle gorączkę. Kroplisty pot wystąpił mi na czoło. Co będzie, jeśli te drzwi nie ustąpią? Usłyszałem szept Tomka: — Naciśnijmy jeszcze raz całą siłą we trójkę. — Wsparliśmy się na drzwiach ramionami. Na komendę Jasia — hoop! — na­cisnęliśmy ze wszystkich sił. Rozległ się lekki zgrzyt i wro­ta z trzaskiem otworzyły się.

Wybiegłem na świeże wilgotne powietrze i pędziłem przed siebie bez opamiętania. Tomek zakomenderował: — Stać! — Oprzytomniałem. Trzeba było teraz zabaryka­dować esesmanów w piekarni. Zamknęliśmy drzwi i szyb­ko, bezładnie poustawialiśmy pod nimi taczki, szczapy drzewa, kamienie, drągi. Trwało to zaledwie kilka se­kund. Następnie szybkim krokiem oddaliliśmy się od pie­karni. Zapadliśmy w czerń nocy. Padał deszcz. Odetchną­łem całą piersią na wolnym powietrzu. Zaczęliśmy iść ro­wem wzdłuż drogi, przyspieszać coraz bardziej kroku, a po­tem wreszcie zaczęliśmy biec. Dobiegliśmy do nasypu ko­lejki wąskotorowej. Ułożone były na nim szyny przezna­czone do wózków zwanych lorami, przystosowanych do przewożenia żwiru, piasku i kamieni.

Teraz biegliśmy nasypem. Trudno opisać wrażenie, jakiego doznałem w tej chwili. Byłem wolny, ale wydawało mi się, że nie mogę po prostu utrzymać równowagi. Bie­gliśmy gęsiego jeden za drugim, nie odzywając się ani słowem. Torem dobiegliśmy do krzaków, za którymi pły­nęła z szumem Soła. Na brzegu rzeki zatrzymaliśmy się.

Jaś oderwał od marynarki i spodni numery obozowe. Wrzucił je do rzeki. Zdjąłem z siebie pasiaki i także cis­nąłem je w nurt Soły. To samo uczynił Tomek. Staliśmy chwilę, zastanawiając, co robić dalej. Musieliśmy przedo­stać się na drugi brzeg. Ale jak przeprawić się przez rze­kę? Czy przepłynąć ją wpław? Czy szukać innego sposo­bu? Zanurzyłem rękę w wodzie. Była lodowato zimna. Doszliśmy do wniosku, że przepłynięcie rzeki jest niemo­żliwe. Każdy z nas mógł dostać skurczu mięśni i utonąć w bystrych wodach Soły.

Nagle ciszę nocy rozdarła seria strzałów karabino­wych. To prawdopodobnie strzelali nasi esesmani z pie­karni, chcąc w ten sposób zaalarmować wartownię głów­ną. Jaś wybuchnął nerwowym śmiechem. Tomek ostrzegł, że należy mieć się na baczności. Esesmani mogą strzelać rakietami i oświetlać nimi teren. Mogą nas dostrzec. Po­stanowiliśmy odpocząć chwilę w zaroślach. Strzały umilkły. Otoczyła nas znowu cisza, dzwoniąca kroplami deszczu.

Zaistanawialiśmy się, w jaki sposób będziemy musieli przedostać się przez rzekę, gdy usłyszeliśmy stukot po­ciągu. Pociąg zbliżał się w kierunku rzeki. Za chwilę ujrzeliśmy jego oświetlone okna. Kreska światła wolno sunęła ku brzegowi rzeki, a potem zawisła nad jej lu­strem i za chwilę zniknęła na drugim brzegu. Niedaleko od naszej kryjówki znajdował się most kolejowy.

Po 'krótkiej naradzie postanowiliśmy pójść w kierun­ku mostu. Jeszcze w obozie dowiedzieliśmy się, że most przez Sołę wiedzie do miasta Oświęcimia. Nie mógł on być przez nas wykorzystany, ponieważ krążyły wokół nie­go patrole SS. Najlepszym wyjściem wydawał się most kolejowy. Ale czy uda się niepostrzeżenie przejść? A jeśli także pilnowany jest przez wartowników?

Dręczyły nas dziesiątki wątpliwości. Postanowiliśmy jednak zbliżyć się do mostu. Szliśmy jeden za drugim blisko siebie, ponieważ było bardzo ciemno. Deszcz sią­pił nieustannie. W ciemnościach wpadłem niespodziewa­nie w jakiś dół i przewróciłem się. Mój kapelusz, zabrany jednemu z majstrów, spadł mi z głowy i potoczył się w kierunku Soły. O odszukaniu go nie było mowy. Mu­siałem spieszyć naprzód, aby nie zgubić kolegów. Bez ka­pelusza na głowie odczuwałem dotkliwe zimno. Krople zimnego deszczu jeszcze bardziej to uczucie potęgowały.

Szliśmy ciągle naprzód, przedzierając się przez za­rośla. Rozmawialiśmy szeptem. Wkrótce dotarliśmy do mostu. Należało się naradzić, co robić dalej. Postanowiliś­my napaść na wartownika, jeśli taki znajdowałby się na moście. Ogłuszyć go i wrzucić do rzeki.

Na tle ciemnego nieba widać było zarysy żelaznej konstrukcji mostu. Dostrzec już można było budkę war­towniczą pomalowaną w pasy. Stała przy moście broniąc wstępu. Z całą pewnością była to budka wartownika. W odległości około dwunastu metrów widać było słabe światło. Prawdopodobnie było to oświetlone okno war­towni. Podczołgaliśmy się jak najbliżej budki, zdecydowa­ni na wszystko. Kilka minut, które wydawały się wiecz­nością, leżeliśmy przytuleni do mokrej ziemi. Z budki nie dochodziły żadne odgłosy. Była pusta. Możliwe, że war­townik znajdował się po drugiej stronie mostu lub do­kądś odszedł. Był to naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności. Szybkim krokiem weszliśmy na most, idąc jeden od drugiego w odległości około dwóch metrów.

Pierwszy szedł Jasio, za nim Tomek, a na końcu ja. Zbliżaliśmy się do końca mostu. Pod nim rozciągał się już drugi brzeg Soły. Zatrzymaliśmy się. Postanowiliśmy zejść w dół po przęśle. Obawialiśmy się, że na końcu mostu mógł znajdować się wartownik. Zachowując naj­większą ostrożność zsunęliśmy się po śliskich elementach przęsła na ziemię. Była miękka. Szybko oddaliliśmy się od mostu, brnąc w rzadkim błocie i zapadając się w ka­łuże. Po dłuższej chwili Soła została daleko za nami.

Kierowaliśmy się na wschód. Przewodnictwo objął Tomek. Droga była bardzo uciążliwa. Szliśmy na przełaj przez pola, które o tej porze roku bywają zwykle rozmokłe i grząskie. Marsz kosztował nas naprawdę dużo wysił­ku fizycznego. Ale świadomość, że idziemy już jako wolni ludzie, dodawała nam sił.

Po pewnym czasie zorientowałem się, że znajdujemy się w pobliżu podobozu oświęcimskiego Monowice, zwa­nego „Bunawerke". Tu za drutami przebywało kilka ty­sięcy więźniów, zatrudnionych przy budowie zakładów chemicznych, wznoszonych przez hitlerowski koncern I. G. Farben-Industrie (Obóz Bunawerke-Monowice został zbudowany jesienią 1942 roku jako podobóz oświęcimski. W okresie późniejszym obóz ten prze­mianowano na Auschwitz III — Monowitz.).

Kiedy z daleka patrzyłem na światło płonące na drutach okalających Monowice, wydawało mi się, że to jest obóz oświęcimski, że zabłądziliśmy i zamiast się od niego

coraz bardziej oddalać wracamy do piekła, z którego z ta­kim trudem zdołaliśmy się wyrwać.

Teren wokół Buny był poprzecinany rowami, często bardzo głębokimi. Przeprawianie się przez te rowy spra­wiało nam bardzo duże trudności. Posuwaliśmy się powoli, ogarniało nas zmęczenie. Osiągnięcie lasu, który mógł nam dać bezpieczne schronienie, coraz bardziej się opóźniało.

Za wszelką cenę chcieliśmy dotrzeć do lasu jeszcze pod osłoną nocy. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że o świcie będzie wysłany za mami pościg. Że okoliczne dro­gi będą gęsto patrolowane, a mosty i przystanki kolejowe zostaną zablokowane. Gąszcz leśny był naszym ratunkiem.

Nie mieliśmy nic do jedzenia. Mieliśmy zabrać z pie­karni trochę chleba, ale zupełnie o tym zapomnieliśmy. W kieszeni wiatrówki znalazłem odrobinę krystalicznego cukru. Od czasu do czasu połykałem kryształki cukru, ale czułem, że tracę siły.

Dotarliśmy wreszcie do rzeki. Zdaniem Jasia miała to być Wisła. Postanowiliśmy iść brzegiem, który był dość skalisty. Tomek zatrzymał się na chwilę. Wyjął z kieszeni jakąś fłaszeczkę i zaczął skraplać kilkudziesięciometrowy odcinek drogi, jaki pozostał za nami. Zacierał nasze ślady, które mogłyby odnaleźć węchem psy pościgu. Preparatu tego dostarczył mu Witek Kosztowny.

Przez pewien czas szliśmy brzegiem Wisły, który pro­wadził nas w kierunku wschodnim. Trwało to około go­dziny. Zaczynało świtać. Niebo na horyzoncie pobladło. Deszcz przestał padać. Coraz bardziej widniało. W po­pielatej szarości świtu wydawało nam się, że widać za Wisłą las. Przystanęliśmy. Las, nie las? Mogły to być chmury wiszące nisko nad ziemią. Ruszyliśmy dalej, czekając, aż się rozwidni. Kiedy nastał dzień, w porannych mgłach ujrzeliśmy z daleka ciemną ścianę lasu. Naresz­cie — odetchnęliśmy z ulgą.

—     Jak bardzo przydałaby się nam teraz łódka — wes­tchnął Jaś. Trzeba było szukać możliwości przeprawy na drugi brzeg. Szliśmy dalej już tylko po to, aby znaleźć ja­kąś łódź. Rzeczywiście po kilkudziesięciu minutach mar­szu ujrzeliśmy ją. Kołysała się na wodzie. W pobliżu wi­dać było zabudowania ukryte w kępie drzew, słychać było głośne szczekanie psa.

W łódce pełno było wody deszczowej. Na brzegu zna­leźliśmy pogiętą puszkę po marmoladzie. Mogła służyć jako czerpak. Jaś podszedł do łańcucha. Był zabezpieczony kłódką zamkniętą na klucz. Szarpnął łańcuchem, ale daremnie. Nagle przypomniał sohie, że ma w kieszeni klucz do drzwi piekarni. Włożył go do kłódki. Próbował przekręcić raz i drugi. Rozległ się cichy trzask i ucho kłód­ki odskoczyło.

—    Wszystko jak w bajce — odezwał się Tomek. Rzeczywiście był to naprawdę dziwny i zarazem szczęśliwy zbieg okoliczności!.

Jaś odczepił łańcuch. Tomek puszką po marmoladzie niecierpliwie wybierał wodę z łódki. Szło mu to niesporo, bo puszka była dziurawa. Jaś był najsilniejszy i najlepiej zbudowany fizycznie. Wziął wiosło, które leżało na dnie łodzi. Wolno odbiliśmy od brzegu. Prąd znosił nas uko­sem, ale drugi brzeg był coraz bliżej. Nagle łódź zachwia­ła się i stanęła na mieliźnie. Nie było wyjścia. Wyskoczy­liśmy do wody. Zanurzeni prawie po pas brodziliśmy ku brzegowi. Dosłownie resztkami sił wydostaliśmy się z wo­dy. Było już zupełnie jasno.

Od lasu dzieliła nas odległość około jednego kilometra. Czas naglił, trzeba było się spieszyć. Jaś wydobył z kieszeni jakąś damską kolorową chustkę i dał mi ją do zasłonięcia ogolonej głowy. Kiedy zawiązywałem ją so­bie, koledzy orzekli, że wyglądam jak słuszna, bardzo zmęczona kobieta w narciarskich spodniach. Szliśmy na przełaj przez pola. Jaś przyspieszył kroku i znacznie nas wyprzedził. Pierwszy pędem dobiegł do lasu i zatrzyma! się na jego skraju. Kiedy nadchodziłem z Tomkiem, zdjął czapkę i powitał nas: — Mam zaszczyt powitać panów w wolnym lesie — i serdecznie każdego z nas ucałował. Tak zakończył się pierwszy, szczęśliwie zrealizowany etap naszej ucieczki.

PIERWSZY SMAK WOLNOŚCI

A więc byliśmy wolni! Nie zapomnę nigdy momentu, kiedy w leśnej gęstwinie usłyszałem, bodajże po raz pierwszy od trzech lat, śpiew ptaków. Byłem po prostu szczęśliwy. Nie umiem tego szczęścia wyrazić słowami.

Dopiero teraz odczuliśmy, jak bardzo jesteśmy zmę­czeni. Wolnym krokiem szliśmy w głąb lasu. Chcieliśmy znaleźć najbardziej niedostępne miejsce, aby w ukryciu przesiedzieć w nim cały dzień. Wieczorem mieliśmy ru­szyć dalej. Natrafiliśmy wreszcie na zakątek ukryty mię­dzy bagnami Zaszyci w gęstwinie, ulokowaliśmy się na odpoczynek.

Położyłem się na krzaku jałowca zupełnie wyczerpany. Buty i ubranie ociekały wodą. Niie miałem czasu po­myśleć o ich wysuszeniu. Natychmiast zasnąłem.

Obudziło mnie straszliwe zimno. Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem siedzącego obok mnie Tomka. Rozkładał wokół siebie zamoczone dolary. Opodal siedział Jaś w sa­mej tylko koszuli. Na kolanach trzymał marynarkę i no­żem, tym samym, którym przecinałem kabel telefoniczny, zeskrobywał z sukna malowane czerwone pasy. To samo zrobił ze spodniami.

Przesiedzieliśmy cały dzień o głodzie. Dokuczało nam pragnienie. Tuż przed zachodem słońca wyruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy przez las w kierunku wschodnim. Nie mieliśmy kompasu ani busoli. W stronach świata orien­towaliśmy się tylko na podstawie zegarka i kory drzew pokrytej od północy mchem. Nie obawiałem się, że za­błądzimy. Towarzyszyło mi przecież dwóch oficerów, z któ­rych jeden był długoletnim oficerem zawodowym.

Im większa ciemność ogarniała las, tym bardziej uciążliwa stawała się nasza droga. Celem naszego marszu był teraz kościół w Porębie. W miejscowości tej mieliśmy się zatrzymać na krótki postój i zasięgnąć informacji. Tam mieliśmy przekroczyć granicę między Trzecią Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem, Spodziewaliśmy się, że ksiądz w Porębie udzieli nam pomocy przy przejściu gra­nicy.

Kościół w Porębie miał być widoczny z daleka. Po­stanowiliśmy w dalszą podróż wyruszyć o świcie, tak aby dostrzec jego wieże i nie błądzić.

Znajdowaliśmy się teraz w pobliżu jakiegoś średnio­wiecznego zamku (zamek Lipowiec). Wokół jego murów leżało mnóstwo mokrych liści jeszcze z jesieni. Urządziliśmy sobie w nich nocleg. Nie był luksusowy, ale przetrwaliśmy w tym miejscu do rana. Obudziłem się, trzęsąc się cały z zimna. To­mek opowiadał, że podczas snu bredziłem coś o chlebie i cukrze. Był to na pewno głos głodu, który szarpał mi wnętrzności.

Kiedy zaczęło świtać, wyruszyliśmy znowu. Przedzie­raliśmy się gęstym lasem. Potem drzewa zaczęły rzednąć i za ich pniami widać było pola zazielenione wschodzą­cym żytem. Na horyzoncie lśniła w promieniach wschodzą­cego słońca wieża kościelna.

Szliśmy więc na przełaj przez pola w kierunku wido­cznego już wyraźnie kościoła.

Kościół stał ma wzgórzu porosłym lasem. — To będzie Poręba — rzekł Tomek. Przeszliśmy tory kolejowe i zno­wu weszliśmy do lasu.

Był już jasny dzień. Uradziliśmy, że z księdzem skon­taktuje się Jaś. Wyglądem zewnętrznym najmniej przy­pominał zbiega z Oświęcimia. Posiadał kompletne cywil­ne ubranie i był z natury łysy, co nie budziło podejrzeń, tak jak ogolona do gołej skóry głowa. Tomek pozostał ze mną na wzgórzu w lasku.

Jaś wszedł do kościoła. Miał poprosić księdza o spo­wiedź i podczas miej wyjawić cel swojej wizyty. Widzie­liśmy, jak wrota kościoła pochłonęły jego barczystą sylwetkę. Wkrótce pojawił się znowu. Zabawił w kościele krótko. Spotkał księdza wychodzącego po mszy z kościoła. Prze­prowadził z nim krótką rozmowę w krużganku kościel­nym. Ksiądz oświadczył, że za chwilę sam przyjdzie do nas. I rzeczywiście — nie czekaliśmy długo. Zjawił się w chwilę po powroaie Jasia.

Na twarzy księdza widać było silne zdenerwowanie. Nie chciał wdawać się w długą rozmowę. Powiedział tylko, żeby przejść niepostrzeżenie pod mury klasztorne, osłonięte gęstymi zaroślami. On tam przyjdzie za chwilę. To miejsce jest bardzo niebezpieczne — leży w pasie gra­nicznym. Kręcą się tu strażnicy graniczni, a także często w tym rejonie pojawia się niemiecki nadleśniczy z psem. Po tej informacji ksiądz oddalił się.

Schyleni ku ziemi podeszliśmy pod mury klasztoru. Byliśmy pewni, że znajdujemy się w kościele w Porębie. W wygodnym osłoniętym miejscu ułożyliśmy się pod murami klasztoru na zasłużony odpoczynek. Po godzinie zjawił się ksiądz. Tym razem przyniósł paczki z jedzeniem i butelki z gorącą kawą na mleku.

Czego tam nie było w paczkach! Znalazła się szynka, jajka święcone, doskonała babka wielkanocna. Zjedliśmy wszystko w oka mgnieniu. Nasze samopoczude natych­miast się poprawiło. Zapaliliśmy papierosy, przyniesione także przez księdza.

Tomek wdał się z nim w rozmowę. Dowiedział się przede wszystkim, że to nie Poręba, ale Alwernia koło Regulic. Zaskoczyło nas to. A więc po prostu zbłądziliś­my. Ksiądz wyjaśnił, że Poręba znajduje się w odległości około siedmiu kilometrów od miejsca, w którym przeby­wamy. Dodał, że Opatrzność czuwała nad naszymi krokami, bowiem w Porębie stacjonują teraz większe siły stra­ży granicznej z powodu dużego nasilenia nielegalnego przekraczania granicy w tamtym rejonie. Sama Alwernia jest przez to odciążona i łatwiej przedostać się przez gra­nicę w tych okolicach niż koło Poręby. Jeśli idzie o udzie­lenie nam pomocy — mówił ksiądz — to on pomoże nam tak samo, jak by to na pewno uczynił ks. Słowiaczek.

Na dłuższą pogawędkę ksiądz obiecał przyjść po obiedzie. Na razie przeprosił nas i odszedł. Syci, ułoży­liśmy się do snu. Dzień był pogodny. Słońce mocno przy­grzewało. Był to naprawdę dzień prawdziwego odpo­czynku.

Około godziny drugiej po południu znowu zjawił się nasz ksiądz. Tym razem przyniósł z sobą kilka menażek z obiadem. Oświadczył nam, że obiad przygotowała żona aptekarza. Wraz z obiadem otrzymałem od księdza robo­czy kombinezon i czarny beret. Tomkowi nasz opiekun wręczył kilkaset marek niemieckich, dodając, że marki te będzie można wymienić na złotówki, obowiązujące na te­renie Generalnego Gubernatorstwa.

Po obiedzie naradzaliśmy się nad dalszymi naszymi losami. Ksiądz zatroszczył się także o zabezpieczenie na­szego przejścia przez granicę. — Przeprowadzi was przewodnik — mówił. —- Już z nim to obgadałem. Zgłosi się o zmroku. Będzie to człowiek miejscowy, który zna dokła­dnie drogę.

Serdecznie podziękowaliśmy naszemu dobroczyńcy. Teraz mogliśmy już spokojnie oczekiwać dalszych wyda­rzeń.

Dzień spędzony pod murami klasztoru dodał nam wiele siił. Naciągnąłem na siebie kombinezon i nacisnąłem na głowę beret. Wyglądałem teraz podobno jak robotnik-instalator albo — jak żartowali koledzy — skoczek spa­dochronowy.

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy przed nami wyrosła znów postać księdza. Każdemu z nas wręczył pa­czkę z żywnością, po butelce piwa i paczce papierosów. Był to prowiant — jak się wyraził — na drogę. Zapowie­dział, że prawdopodobnie już do nas nie wróci. Wieczo­rem zgłosi się sam przewodnik. Ustaliliśmy hasło rozpoznawcze. Człowiek ten miał dwa razy zakaszleć i raz kich­nąć. Jeszcze raz bardzo podziękowaliśmy księdzu za wszy­stko, co dla nas uczynił. Żegnając się z nami ksiądz prosił, aby do niego napisać, gdy będziemy znajdować się w bez­piecznym miejscu. Nie podał nam jednak nazwiska. Pro­sił, aby adresować — na księdza proboszcza w Alwerni.

Było już ciemno. Czekaliśmy niecierpliwie na prze­wodnika. Zjawił się, lecz nie sam, jak się tego spodzie­waliśmy, ale w towarzystwie proboszcza. Przewodnik był człowiekiem starszym i poważnym. Ubrany był w krótką kurtkę i buty z cholewami.

Wymieniliśmy z nim przyjazny uścisk dłoni. Patrzył na nas, wielce przejęty rolą, jaka mu przypadła w udziale. Teraz nastąpiło pożegnanie. Ucałowaliśmy się serdecznie z proboszczem, dziękując mu po raz wtóry za pomoc. Ży­czył nam dobrej drogi i błogosławił.

I znowu ruszyliśmy w drogę. Jako pierwszy szedł przewodnik, za nim w pewnej odległości kroczył Jaś, a po­tem Tomek, na końcu szedłem ja, zamykając pochód. Szliśmy krętymi ścieżkami przez pola, las, pagórki i wą­wozy. Przewodnik prowadził nas około godziny. Wreszcie zatrzymał się w jakimś głębokim parowie i powiedział, że najbardziej niebezpieczne miejsca już minęliśmy. Znaj­dujemy się już poza granicą Rzeszy, po stronie polskiej. Wyjął papierosy, poczęstował każdego z nas, mówiąc, że w tym miejscu jesteśmy dobrze ukryci i możemy swobod­nie zapalić.

Co do dalszej drogi udzielił nam wielu cennych rad i informacji. Przede wszystkim radził, aby jak najdalej odejść od granicy. Przeszliśmy wprawdzie najgroźniejszy punkt, niemniej jednak strażnicy graniczni patrolują rów­nież rejony znajdujące się w okolicach pasa granicznego.

Trzeba było się już rozstać. Serdecznie podziękowaliś­my przewodnikowi za pomoc i wyruszyliśmy w dalszą wędrówkę. I znowu przedzieraliśmy się przez las. Gęste poszycie, górzysty teren, ciemności nocne, wszystko to utrudniało drogę. Kolce tarniny i innych roślin zaczepia­ły o ubrania, kaleczyły twarze i ręce. Posuwaliśmy się ostrożnie naprzód. Nie robiliśmy żadnych przerw na od­poczynek.

Zbliżał się ranek. Mrok rzedniał. Wyszliśmy na mokrą łąkę, potem dotarliśmy do jakiejś kamienistej drogi. Nie mieliśmy pojęcia, w jakiej znajdujemy się okolicy. Jaś zdecydował, że pójdziemy drogą tak długo, aż spot­kamy jakiś drogowskaz, dzięki któremu będziemy się mo­gli zorientować, dokąd udało nam się dotrzeć. Wyprze­dził nas przynajmniej sto metrów. Wlokłem się za nim z Tomkiem, klnąc, że tak spieszy, a my nie możemy na­dążyć. Nie czułem już nóg, mięśnie szarpał ból.

Wreszcie Jasio zatrzymał się przy słupie z tablicą. Aby odczytać napis na tablicy, przyświecał sobie kieszon­kową latarką, zabraną esesmanowi z piekarni. Nagle od­wrócił się ku nam i wołał, abyśmy przyspieszyli kroku. Re­sztką sił podbiegliśmy do słupa. Na tablicy widniał na­pis: Do posterunku policji — 200 m. Był to doskonały znak ostrzegawczy, napotkany dosłownie w ostatniej chwi­li. Z miejsca skręciliśmy z drogi w pola. Byle tylko od­dalić się prędzej i bezpiecznie.

Znaleźliśmy się wreszcie na bagnistej łące. Środkiem płynął wąski strumyk. W pobliżu nie było widać żadnych drzew. Mimo to postanowiliśmy pozostać tu cały dzień ukryci w niewysokich zaroślach. Nie było to przyjemne. Grunt był grząski i podmokły. Nie było jednak innych możliwości ukrycia się i przeczekania dnia do zmroku. Godziny wyjątkowo nam się dłużyły. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie się znajdujemy. Wkrótce wyczerpały się całkowicie zapasy żywności ofiarowane przez księdza. Pod wieczór zaczął nam dokuczać głód.

O zmroku Jaś, wyglądający najmniej podejrzanie, udał się w teren dla przeprowadzenia rozpoznania. Po­szedł w kierunku wsi, której zabudowania widać było z kryjówki. Po kilkudziesięciu minutach wrócił. Dowie­dział się, że w pobliżu płynie Wisła, przez którą powin­niśmy się przeprawić. Za wsią znajduje się prom. Prze­woźnikiem jest niejaki Sroka. Na drugim brzegu Wisły leży miejscowość Tyniec. Wieże, które widoczne były z da­leka, to wieże tynieckiego kościoła. Ucieszyło nas to. A więc dotarliśmy już w okolice Krakowa. Kiedy zapadł zmierzch, wyruszyliśmy w drogę. Omijając wieś doszliśmy do promu. Przewoźnik przebywał w drewnianej budce, przypominającej budkę wartownika. W jej oknie widać było słabe światło lampy naftowej.

Rierwszy podszedł do niego Jasio, swobodnie go wi­tając: — Dobry wieczór, panie Sroka! — Chciał wywołać wrażenie, że przewoźnik jest człowiekiem, którego zna od dawna. Sroka powitał nas krótkim: dobry wieczór. Za­czął się nam uważnie przyglądać. Jasio poprosił go o prze­wiezienie nas na drugi brzeg. — Chodźcie — powiedział Sroka. Zajęliśmy miejsca na promie. Odbiliśmy od brzegu. Prom powoli płynął wzdłuż przeciągniętej nad rzeką sta­lowej liny. Przewoźnik wprawiał go w ruch, odpychając się długą żerdzią. Kiedy znaleźliśmy się na drugim brzegu, Jasio powiedział Sroce, że nie będzie mógł zapłacić za przewóz pieniędzmi polskimi, lecz markami.

Rrzewożnik bystro spojrzał na niego, uśmiechnął się i oświadczył, że pieniędzy od nas nie przyjmie. — Niech was Bóg prowadzi, szczęśliwej drogi — powiedział. Po­żegnaliśmy go.

Nie chcieliśmy już kluczyć. Zaryzykowaliśmy. Posta­nowiliśmy przejść przez Tyniec. W domach paliły się świa­tła. Co chwila z opłotków wybiegał pies i odprowadzał nas głośnym szczekaniem.

Na wzgórzu po prawej stronie mimo ciemności wid­niały potężne mury starego tynieckiego klasztoru. Kiedy mijaliśmy je, przypomnieli mi się Krzyżacy Sienkiewi­cza — moment spotkania orszaku księżnej w Tyńcu. Za­dumałem się, wracając do wspomnień ze szkolnej lektury. Niewiele brakowało, a byłbym wpadł pod koła roweru, który przejechał tuż obok mnie.

Niebo zaciągnęło się chmurami. Zaczął padać drob­ny deszcz. Przystanęliśmy. Jasio postanowił zajść do ja­kiegoś domu, aby kupić mleko i chleb. Byliśmy wściekle głodni. W pierwszej chacie powiedziano mu, że mleka nie ma. W następnych spotkał się także z odmową. Nie było rady. Czekał nas dalszy marsz o głodzie. Byliśmy już przy końcu wsi. Jaś zastukał do jednego z ostatnich domów. Zostałem z Tomkiem na drodze przy furtce. Widzieliśmy, jak drzwi domu uchyliły się i Jaś wszedł do wewnątrz. Za oknem paliło się przyćmione światło. Widzieliśmy, że Jaś rozmawia z gospodynią. W kierunku furtki zbliżał się jakiś mężczyzna. Gdy znalazł się w pobliżu nas, zapytał zaniepokojony, co tu robimy przed jego domem. Na co cze­kamy? Był to stary człowiek. Uspokoiliśmy jego obawy, że jesteśmy w podróży i chcielibyśmy kupić coś do jedze­nia, aby się posilić. Człowiek ten zaprosił nas do domu. W drzwiach zetknęliśmy się z wychodzącym Jasiem.

—    A któż to? — zapytał staruszek.

—     Kolega — odpowiedział Tomek — chciał kupić mleka.

—     Mleka u nas nie dostanie. Mogę dać wam barsz­czu z ziemniakami. Chodźcie do domu.

Znaleźliśmy się w izbie. Była w niej starsza niewias­ta i troje małych dzieci, prawdopodobnie wnuczęta gospo­darza. Gospodyni obrzuciła nas surowym wzrokiem.

—     Powiedziałam, że mleka nima, po co żeśta przy­szli — mówiła, nie kryjąc niezadowolenia. Jej gderanie przerwał starzec:

—     Szykuj kartofle i barszcz. Daj panom kolację!

- Mańka, pójdź tu — zawołała gniewnie gospo­dyni.

Z drugiej izby wychyliła się twarz młodej kobiety, córki gospodarza. Spojrzała na nas życzliwie. Zakrzątnę­ła się koło kuchni. Zajęliśmy miejsce na ławie. Jaś wziął na kolana dwoje małych dzieciaków i zaczął się z nimi bawić. Opowiadał im bajki tak interesująco — miał do tego spore zdolności — że gospodyni zaczęła się także przysłuchiwać, a twarz jej rozpogodziła się nieco.

Kiedy kartofle dymiły już na misce, kazała młodej przynieść słoninę i śmietanę z komory. Tomek siedział obok starego. Przyciszonym głosem rozmawiał z nim. Ulokowałem się koło pieca i wsłuchiwałem się w trzask gałęzi na palenisku. Byłem tak zmęczony, że kleiły mi się oczy. Ale na stole pojawiły się już talerze i dymiące ziem­niaki i barszcz, suto zabielany śmietaną. Pachniała słoni­na i przysmażona cebula.

—    Mańka, idź do sklepu po cukier — zakomendero­wała gospodyni — trza sparzyć panom herbaty.

Wyjęła z węzełka pieniądze i podała młodej. Teraz byliśmy pewni, że przypadliśmy do gustu naszej gospody­ni. Zajadaliśmy chciwie. Córka gospodarza przyniosła cu­kier i po chwili na stole przed każdym z nas stał dymią­cy kubek z herbatą. Na środku stołu gospodyni ułożyła bochen wiejskiego chleba, a na nim nóż. Zachęcała nas do jedzenia.

Gospodarz był ciekawy, kim właściwie jesteśmy. Nie wypadało mu jednak pytać wręcz. Próbował wywiedzieć się okrężną drogą.

—    Panowie na pewno z robót, z Niemiec? — zapytał.

—    Tak — odpowiedział Jaś lakonicznie.

Odpowiedź nie zadowoliła gospodarza. Ciągnął więc dalej:

—    Na robotach przecież wolno nosić włosy, a z pa­nów żaden nie ma włosów?

—    Bo w tej miejscowości, gdzie pracowaliśmy — tłumaczył Jaś — panował tyfus plamisty. Baliśmy się, że jak zachorujemy, to nam włosy wyjdą. Dlatego ostrzygliś­my się na zero.

Gospodarz pokiwał głową. Zaniechał dalszych pytań. Ale nie był przekonany. W dalszej rozmowie, niby przy­padkowo, poruszył Oświęcim. Zaczął opowiadać o zbrodniach dokonywanych w tym obozie.

—    Panowie, jak byliście na robotach w Niemczech — to nawet nie macie pojęcia, co tam się dzieje.

Słuchaliśmy uważnie, nie dając po sobie poznać, że na ten temat mielibyśmy znacznie więcej do powiedzenia. Ciepła izba, gościnni mili ludzie, polski dom, pod które­go dachem znaleźliśmy przystań, wszystko to sprawiło, że nasze przejścia i trudy wydały nam się nierealne. Była już późna noc, kiedy zdecydowaliśmy się opuścić gościnne progi. Jasio wstał, serdecznie podziękował gospodarzom i zapytał o należność za kolację. Gospodarz zerwał się urażony: Jedzenia nie sprzedaje, a ludziom w biedzie trze­ba pomagać. Podziękowaliśmy serdecznie za gościnę i za­częliśmy się żegnać z domownikami. Odprowadzał nas stary. Kiedy wyszliśmy przed dom, zatrzymał nas deszcz i przenikliwy ziąb. Usłyszeliśmy przyciszony głos gospo­darza:

—    Panowie, tam jest stodoła — wskazał ręką — jeśli macie życzenie, możecie się przespać.

Byliśmy naprawdę wdzięczni. Natychmiast udaliśmy się na spoczynek do stodoły. Gospodarz ostrzegł nas, abyśmy nie palili papierosów, i życząc dobrej nocy zapowiedział, że jutro przyjdzie nas zbudzić.

Zakopałem się w słomę i po krótkiej chwili zasną­łem. Była to pierwsza noc po ucieczce spędzona pod da­chem. Minęła niezwykle szybko. Obudził mnie głos gospodarza:

-      Dzień dobry panom! Zarządzam pobudkę.

Prosił, abyśmy stodołę opuszczali pojedynczo. Kiedy jako ostatni wszedłem do chaty, ujrzałem w izbie Jasia, siedzącego przed lustrem z namydloną brodą i brzytwą w ręku. Obok pieca krzątała się uśmiechnięta gospodyni. Pokrywy na garnkach wesoło dzwoniły i słychać było sy­czenie kipiącej wody. Izbę wypełniał zapach gotowanego jadła. W dużym garnku gospodyni nagrzała nam wody do mycia. Kolejno goliliśmy się, myli, czyścili zabłocone ubrania, przyprowadzając swój wygląd do należytego po­rządku.

W tym gościnnym domu zabawiliśmy do południa. Po sutym obiedzie przygotowywaliśmy się do dalszej drogi. Gospodyni zaopatrzyła nas w jajka, chleb i butelki mlekiem. Jej córka przyniosła od miejscowego nauczy­ciela szkolny atlas. Dokładnie przestudiowaliśmy okolice Krakowa.

Ruszyliśmy w dalszą podróż syci, wypoczęci, czyści i zapoznani z terenem. Serdecznym podziękowaniom na­szym nie było końca.

Gospodarz podał nam swoje nazwisko, które — o ile dobrze pamiętam — brzmiało: Piotrowski. Cała rodzina razem z dziećmi odprowadziła nas do pól rozciągających się poza zabudowaniami Tyńca. Wszyscy życzyli nam szczęścia, prosząc o napisanie listu.

Szliśmy krętymi ścieżkami przez pola. Na podstawie mapy i wskazówek gospodarza Tomek sporządził szkic te­renu i wytyczył trasę dalszego marszu.

Pod wieczór, jeszcze na długo przed zachodem słoń­ca, przechodziliśmy przez szosę. Przed nami przejechały dwa ciężarowe samochody napełnione esesmanami. Na ich widok ogarnął mnie strach. Kilku esesmanów, jadą­cych w drugim samochodzie, mówiło coś do siebie. Wy­dawało mi się, że wskazują na nas. Miałem wrażenie, że auto natychmiast się zatrzyma, ale na szczęście samochód pomknął dalej i zniknął za zakrętem.

O zmroku znajdowaliśmy się w pobliżu Wieliczki. Zapasy żywności już się kończyły. Jaś postanowił zajść do upatrzonego domu i dokonać zakupów. I tu przyjęto nas życzliwie, ugoszczono świąteczną kapustą z grochem i wód­ką. Spotkaliśmy tam trzech mężczyzn już trochę podchmie­lonych. Nie mogliśmy się oprzeć naleganiom, aby z nimi wypić. Wypiliśmy tylko po dwa kieliszki. O zapłacie za poczęstunek i w tym domu nie chciano w ogóle słyszeć.

Później znowu szliśmy polną ścieżką, kierując się na wschód. Wioski małopolskie są zupełnie inaczej zbudowane aniżeli w Kieleckiem. Charakterystyczną ich cechą jest rozrzucona zabudowa. Chata od chaty znajduje się czasem o kilkaset metrów od siebie. Nie stoją wzdłuż drogi, jak na przykład w Kielecczyznie, ale są rozrzucone wśród pól.

Jedna z polnych dróżek zawiodła nas do samotnie stojącego domu. Było już zupełnie oiemno. Jasio nalegał, aby spędzić noc pod dachem. Marsz nocą jest trudny na skutek nieznajomości terenu, wymaga pokonywania wielu przeszkód, prędko męczy i nie pozwala na szybkie pokonanie większych odległości. Za dnia będziemy mogli o wiele sprawniej kontynuować wędrówkę, idąc polami, trzymając się z dala od głównych arterii komunikacyjnych i wiosek.

Mieliśmy zamiar spędzić noc w jakiejś stodole, nie zawiadamiając o tym jej właściciela. Zanim jednak znaleźliśmy odpowiedni obiekt na nocleg, Jasio postanowił zajść do najbliższej chaty. Stała na uboczu, oddalona od za­budowań wsi. Chciał kupić trochę mleka i chleb. Zostałem z Tomkiem w polu. Nieobecność Jasia przedłużała się. Ale nie było powodów do niepokoju. Wybiegł z cha­ty uradowany i przywołał nas, nagląc do pośpiechu. Sprawiało to wrażenie, że spotkał tu kogoś z bliskich znajo­mych. Weszliśmy we trójkę do sieni. W izbie niespodzianka. Same kobiety. Było ich, w różnym wieku, aż sześć. Poczęstowały nas zaraz świeżym, ciepłym mlekiem prosto od krowy. Najmłodszą, w wieku około 7 lat, Jaś wziął na kolana i zaczął z nią gawędzić. Potem jak z rękawa sypał dowcipami, przeznaczonymi, oczywiście, już tylko dla ucha starszych. Wywoływały u słuchaczek wybuchy śmiechu. I tak przesiedzieliśmy do późnych godzin noc­nych.

— Komu w drogę, temu czas — odezwał się wreszcie Jaś. Najstarsza zaprotestowała. O tak późnej porze nie wypuści nas z domu. Poleciła młodszym przynieść sno­pki słomy. Ułożyła je obok pieca, zaścielając czystym prze­ścieradłem, na którym znalazły się dwa grube koce do przykrycia. Kobiety, życząc nam dobrej nocy, przeniosły się do innego pokoju. Zostaliśmy sami w kuchni. Ułoży­liśmy się jak najwygodniej. Było to wprost królewskie łoże. Ale nie cała trójka mogła spać jednocześnie. Każdy z nas miał pełnić kilkugodzinny dyżur, na wszelki wypadek, aby nie dać się zaskoczyć Niemcom. Wylosowałem pierwszą kolejkę czuwania. Miało trwać do godziny 24. Potem miałem obudzić Jasia, a on po kilku godzinach Tomka.

Usiadłem na słomie, przy otwartym oknie. Koledzy zasnęli kamiennym snem. Nawet nie wiem, kiedy opar­łem głowę o parapet okna i obudziłem się o ósmej rano, gdy przez okno wdarły się promienie słońca. Jaś i Tomek także zerwali się z posłania. Wkrótce potem po obfitym śniadaniu byliśmy już w drodze. Po niezbyt długim mar­szu znaleźliśmy się w Puszczy Niepołomickiej. Tu czu­liśmy się bezpiecznie. Szliśmy przez Puszczę szerokim duktem. Potężne drzewa, przepiękne poszycie lasu i śpiew ptaków — wszystko to dodawało nam nie tylko otuchy, ale smakowało prawdziwą wolnością. Po kilku godzinach ujrzeliśmy samotnego człowieka. Szedł w naszym kierunku. Był to leśniczy. Kiedy znalazł się od nas w odległości około stu metrów, szybko przeszedł na drugi brzeg drogi i zniknął wśród drzew. Jego zachowanie świadczyło o tym, że nasz wygląd musiał go przestraszyć.

Nadeszło popołudnie. Nosiliśmy się z zamiarem kilkunastominutowego odpoczynku. Przed nami obok drogi stała leśniczówka i zabudowania gospodarskie. Naprze­ciw za drogą widać było biały domek z zielonymi okien­nicami. Czując się zupełnie bezpiecznie w samym środku puszczy, chcieliśmy minąć leśniczówkę i dopiero potem zatrzymać się dla odpoczynku. Byliśmy jednak zbyt pewni siebie.

Kiedy przechodziliśmy obok domku z okiennicami, usłyszeliśmy nagle: — Halt! Wohin?! — Obok domku stał Niemiec. Był bez bluzy, w samej tylko koszuli. Miał na sobie wojskowe spodnie i buty, a na głowie żołnierską furażerkę. Niemiec jeszcze raz krzyknął: — Halt! —- Przerażeni przyspieszyliśmy kroku. Ale Jaś już odzyskał równowagę i tupet. Odkrzyknął po niemiecku: — Kannst uns am Arsch lecken (Możesz nas pocałować w d...).

Rzuciliśmy się do ucieczki, każdy w innym kierunku. Biegłem w las. Huczał od strzałów karabinowych. Nie oglądałem się za siebie. Echo zwielokrotniało huk. Zdawało się, że to strzela kilku wrogów. Uciekając kluczyłem, padałem na ziemię, zrywałem się z niej i biegłem dalej. Jasia i Tomka straciłem zupełnie z oczu.

Osłonił mnie młody, gęsty zagajnik. Zwolniłem. Te­raz szedłem powoli, rozglądając się za kolegami. Trwał za nimi pościg. Po lesie rozlegały się w dalszym ciągu strzały.

Sprawdziłem, czy przypadkiem w czasie ucieczki nie zgubiłem trucizny. Na szczęście kapsułka tkwiła w kie­szeni. Nagle usłyszałem sygnał: — psstl Odwróciłem się i ujrzałem Tomka. Szedł ku mnie trzymając się za lewe ramię. Przeraziłem się, że jest ranny. Uspokoił mnie. To odstrzelona gałąź spadła mu na ramię. Trochę go teraz boli. Mimo to ściągnąłem mu z barku i ramienia mary­narkę. Wszystko było jasne. Tomek był ranny. Jego ra­mię było przestrzelone. Rana była na szczęście niezbyt ciężka, ale ręka broczyła krwią. Wyjąłem jodynę i ban­daż i zrobiłem prowizoryczny opatrunek.

Strzały huczały po puszczy nieustannie. Tomek twier­dził, że Jasio biegł w kierunku wysokiego lasu, gdzie jest o wiele większa widoczność i Niemcy na pewno do nie­go w tej chwili strzelają. Nie wiedzieliśmy, co robić. Cze­kać tu na Jasia było ryzykowne i ze względu na pościg, i na małe szanse, że nas odnajdzie. Mieliśmy nadzieję, że sam dotrze do Bochni i że tam się spotkamy. A jeżeli nie żyje? Dręczył nas podświadomy niepokój. Byłoby to straszne zrządzenie losu. Nie dopuszczaliśmy tej myśli. Nie, to byłoby okrutne i niesprawiedliwe... Ale nie była to pora ma rozmyślania. Czas naglił.

Oddaliliśmy się od pechowego miejsca. Przez wszyst­kie napotkane dróżki staraliśmy się przejść jak najszyb­ciej.

Po pewnym czasie ujrzeliśmy starą wiejską kobietę, grabiącą ściółkę w lesie. Obok niej młodsza zbierała su­che gałęzie. Nasz widok wystraszył je bardzo. Chciały uciekać. Uspokoiliśmy je jednak, mówiąc, że nie mają się czego obawiać. Nie jesteśmy przecież ze straży leśnej.

Dowiedzieliśmy się od nich, że brzeg lasu jest już niedaleko. I rzeczywiście, niedługo wyszliśmy z Puszczy. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Przed nami rozciąga­ła się wioska.

Postanowiliśmy wejść do pierwszej chaty. Zastaliśmy tam wieśniaka i dwoje dzieci w wieku około 10 lat. Po­częstował nas mlekiem i chlebem. Objaśnił, że aby dostać się do Bochni, należy przede wszystkim przeprawić się przez rzekę Rabę. Stamtąd będzie jeszcze do miasta około 6 km. — Raba — mówił wieśniak — jest niedaleko; pół kilometra od mego domu. Przeprawić się przez rzekę moż­na promem.

Okazało się, że właścicielem promu i jednocześnie przewoźnikiem jest jego szwagier. Gospodarz zapowiedział, że do miejsca przeprawy poprowadzi nas mała dziewczyn­ka, córeczka przewoźnika. Nie będziemy więc musieli przechodzić przez wieś. Dziewczynka zna bliższą drogę przez łąki.

Po szybkim posiłku, za który zapłaciliśmy, udaliśmy się z dziewczynką w kierunku Raby. Przeprawa poszła gładko. Na drugą stronę rzeki przewiózł nas ojciec ma­łej, pobierając za przewóz opłatę w wysokości 20 marek.

Idąc dalej rozmawialiśmy o Jasiu. Byliśmy jak najgor­szej myśli. Im bardziej byliśmy bezpieczni, tym większy był nasz niepokój o przyjaciela. Od nadziei, że się ura­tował, wpadaliśmy w najczarniejsze przypuszczenia. Wyo­brażaliśmy sobie, że Jasio został zabity przez Niemców, że może jest ciężko ranny i schwytany żywcem? To ostatnie byłoby najstraszniejsze. Ale Jaś miał przecież truciznę. W ostatniej chwili mógł mimo wszystko ujść z rąk wroga. Przygnębieni ciężarem troski o Jasia, urwaliśmy rozmowę. Zmagając się z własnymi myślami, zbliżaliśmy się do Bochni.

Bochnia miała być pierwszym etapem naszej ucieczki, w którym mieliśmy się zatrzymać. Punktem zbornym była ulica Sądecka nr 39, znajdująca się w jednej z dzielnic Bochni — tak zwanej Uzborni (W lasku na Uzborni 18 XII 1939 r. oddziały SS rozstrzelały 56 Polaków — mieszkańców Bochni). Ani ja, ani Tomek nigdy przedtem tutaj nie byliśmy. Miasteczka zupełnie nie znaliśmy.

Doszliśmy do wniosku, że będzie lepiej, gdy przed­tem zasięgniemy informacji, jak dotrzeć pod ten adres.

Ściemniało się już. Ujrzeliśmy samotnego chłopa pra­cującego w polu. Tomek nawiązał z nim rozmowę. Pytał o drogę do Wiśnicza. Przy okazji wywiedział się o Uzbornię i jak najbliższą drogą dojść do ulicy Sądeckiej. Tomek mówił wieśniakowi, że jesteśmy przemęczeni cało­dzienną podróżą, że chętnie przenocowalibyśmy w jakiejś stodole, gdyby można taką wyszukać. Chłop wskazał swój dom. Kazał nam tam podejść i poczekać na niego przed domem. Po chwili nadszedł. Wszedł pierwszy do domu, aby sprawdzić, czy nie ma w nim nikogo obcego. Łatwo można się było zorientować, że dom należy do bardzo biednej rodziny. Poczęstowano nas jęczmiennymi placka­mi i czarną kawą bez cukru. Pieniędzy za posiłek pomimo nalegań z naszej strony gospodarz nie chciał przyjąć.

Noc spędziliśmy na strychu na sianie. Skoro świt ru­szyliśmy dalej. Była to niedziela 2 maja 1943 roku.

Znajdowaliśmy się już na przedmieściu Bochni. Dro­gą szła grupka małych chłopców. Tomek zapytał jednego z nich, gdzie tu mieszka ogrodnik, u którego można ku­pić ziemniaki.

Chłopiec wskazał na dom i wymienił nazwisko ogrod­nika, o którego nam chodziło. Chłopcy poszli dalej. Skrę­ciliśmy na polną dróżkę ku domowi ogrodnika. Stał przed nim starszy pan. Bardzo uprzejmie odpowiedział na nasze dzień dobry i prosił, zachęcając przy tym ruchem dłoni, aby wejść do mieszkania. Wydawało nam się to dziwne. Człowieka tego widzieliśmy po raz pierwszy w życiu. Nie mógł nas przecież znać i wiedzieć, kim jesteśmy. Przeszliśmy przez dwa pokoje, a nieznajomy prosił, abyśmy szli jeszcze dalej. W ostatnim pokoju pozostawił nas sa­mych i wyszedł bez słowa zamykając drzwi.

Rozglądaliśmy się po pokoju. Pod ścianą stało czy­ściutko zaścielone łóżko, a w mim spał... Jasio. Wrażenie było piorunujące, a nasza radość nie do opisania. Rzuciliśmy się na przyjaciela. Zaczęliśmy go ściskać i całować. Kiedy minął pierwszy wybuch radości, Jaś opowiedział nam o swoich perypetiach.

Do Bochni przybył wczoraj. Niemieckie kule w Pusz­czy Niepołomickiej poszarpały na nim w dwóch miejscach ubranie. Przepłynął wpław na drugii brzeg Raby. Do pań­stwa Oborów w Bochni dotarł wieczorem i noc spędził w wygodnym łóżku. Teraz zrozumieliśmy, że to pan Obora czekał na nas przed domem. Wiedział dobrze, kim jeste­śmy, kiedy nas ujrzał. Po prostu uprzedzony był już przez Jasia.

Tak pierwszy etap naszej ucieczki z Oświęcimia zo­stał szczęśliwie zakończony.

Tu w Bochni mogliśmy przystąpić do wykonania na­szych zadań, które były istotnym celem ucieczki. A więc powinniśmy opracować dokumenty obrazujące zbrodnie niemieckie w Oświęcimiu, aby zaalarmować opinię pu­bliczną całego świata. Następnie mieliśmy w porozumie­niu z ruchem oporu opracować plany sprowadzenia zbroj­nej odsieczy dla obozu w Oświęcimiu, aby w odpowiednim czasie rozbić łańcuch straży SS i uwolnić więźniów.

Żaden z nas nie publikował nigdy dotąd szczegółów o ogromnych trudnościach, na jakie napotkaliśmy przy wykonaniu tych głównych zadań. Obecnie, to jest w roku 1956, gdy przystąpiłem do spisywania tych wspomnień, moi przyjaciele, Jaś i Ttomek, już nie żyją. W latach powojennyoh znalazłem się w takich warunkach, że wcześniej­sze pisanie o tych sprawach nie było możliwe.

[...]

Decyzja, aby po ucieczce z obozu skierować się do Bochni, zapadła już w obozie. Była związana z Tomkiem Serafińskim, pod którym to nazwiskiem ukrywał się Wi­told Pilecki, pseudonim „Witold".

Witold Pilecki — „Tomek" pochodził z rodziny ziemiańskiej, osiadłej na Wileńszczyźnie w okolicach Ba­ranowicz. Tradycja rodziny głosiła, że pochodzi ona z tej gałęzi Pileckich, z której wywodziła się Zofia, żona króla polskiego Władysława Jagiełły.

Nazwisko Serafiński, pod którym Witold przebywał w Oświęcimiu, pochodziło stąd, że Tomasz Serafiński po kapitulacji Warszawy w 1939 roku zbiegł z punktu kon­centracyjnego dla oficerów, uchodząc przed niewolą, a na­stępnie ukrywał się w mieszkaniu dr Heleny Pawłow­skiej w Warszawie. Tam przebywał do grudnia 1939 roku. Wyjeżdżając pozostawił swoją legitymację ubezpieczeniową u dr Pawłowskiej. Na początku roku 1940 przebywał tam również Witold, jaiko członek podziemnej organizacji, i po­sługiwał się legitymacją ubezpieczeniową Tomasza Serafińskiego.

Podczas jednej z pierwszych łapanek w Warszawie przy ulicy Chmielnej Witold dobrowolnie włączył się do grupy zatrzymanych przez gestapo i tak dostał się do Oświęcimia, transportem warszawskim w nocy z dnia 21/22 września 1940 r.

Po paru tygodniach zorganizował w obozie pierw­szy Związek Organizacji Wojskowej w Oświęcimiu. Podaję to na podstawie sprawozdania Witolda Pileckiego, napisa­nego po ucieczce z Oświęcimia.

Pierwszy meldunek o istnieniu organizacji został prze­słany z Oświęcimia do Warszawy w październiku 1940 r.

Dowództwo pierwszej „piątki górnej" powierzone zo­stało pułkownikowi Surmackiemu.

W listopadzie Witold zorganizował w Oświęcimiu drugą „piątkę górną". W maju 1941 roku powstała trzecia „piątka górna", a w cztery miesiące potem czwarta.

Żadna z „piątek górnych" nie wiedziała o istnieniu drugich. Rozwijała się samodzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak na to pozwalała energia i zdolność jej człon­ków oraz możliwości organizacyjne kolegów stojących na szczeblach niższych.

Działalność organizacji polegała na ratowaniu życia kolegów przez dożywianie, opiekę nad chorymi, przenosze­nie ich do szpitala, zapewnianie lepszej odzieży i bielizny, umieszczanie na funkcjach i w takich oddziałach pracy, gdzie praca i warunki były lżejsze i dawały szanse prze­życia. Ważnym elementem pracy w konspiracji obozowej była działalność polityczna: podtrzymywanie więźniów na duchu, kolportowanie wiadomości z zewnątrz, utrzymy­wanie łączności z cywilną ludnością, przekazywanie wiadomości o wydarzeniach obozowych na zewnątrz, przesy­łanie dokumentalnych zdjęć fotograficznych i dokumentów o zbrodniach SS.

Z biegiem czasu organizacja przez powiązanie w jeden łańcuch najenergiczniejszych jednostek zaczęła pracować nad skoordynowaną akcją opanowania obozu, w chwili gdy nadeszłaby pomoc z zewnątrz w postaci desantu lub uderzenia grup partyzanckich.

Z początkiem 1942 roku Witold podporządkował Związek Organizacji Wojskowej pułkownikowi Kazimie­rzowi Rawiczowi — byłemu dowódcy pułku piechoty w Bydgoszczy. W tym też czasie zorganizował piątą „piątkę górną". Na dowódcę bojowego zorganizowanych sił w obozie wyznaczony został przez Witolda major Zygmunt Bogdanowski.

Na początku tego roku, w styczniu, Witold przesłał przez pułkownika Palińskiego meldunek organizacyjny do Warszawy.

Następny meldunek został przesiany w maju przez porucznika Bieleckiego, który uciekł z obozu razem z po­rucznikiem Gawronem. Dalsze meldunki przekazano na wolność przez porucznika Jastra, który w lipcu 1942 wraz z trzema innymi więźniami zbiegł z Oświęcimia autem ko­mendanta obozu.

Po wyjeździe z obozu transportem pułkownika Rawicza (Lipiec 1942 r.) Związek Organizacji Wojskowej zo­stał podporządkowany pułkownikowi Gilewiczowi. Do naszej organizacji przystąpiła w tym czasie grupa pułkowni­ka Kumanieckiego.

Witold podzielił wszystkie siły (odrzucając system podziału na piątki) na bataliony, kompanie i plutony, wy­znaczając im rejony działania. Łączył w bataliony poszcze­gólne bloki.

Dowódcą I batalionu był kpt. Kozuba, II — kpt. Edward Giettyński, III — kpt. Tadeusz Lisowski, IV — kpt. „Trzęsimiech" — Julian. Funkcję kapelana Związku Organizacji Wojskowej objął ksiądz Zygmunt Ruszczak.

Opuszczając obóz, Witold powierzył dalszą pracę organizacyjną majorowi Bogdanowskiemu i kapitanowi Bartosiewiczowi.

Ważnym elementem łączności organizacji ze światem zewnętrznym było radio. Związek Organizacji Wojskowej posiadał dwie iskrówkL Musieliśmy je jednak rozmon­tować jesienią 1942 roku w obawie przed wsypą.

Witold zorganizował przy udziale porucznika Rosy naszą komórkę organizacyjną w miejscowej radiostacji przy komendanturze obozu SS. Tutaj Rosa wraz z porucznikiem Piekarskim, zatrudnieni jako więźniowie, robili mapy dla władz obozowych. Stąd wyniesiony był cały plik druków, szyfrowanych skrótów, używanych przez Funkstelle (ośrodek łączności radiowo-telegraficznej przy komendanturze oświęcimskiego garnizonu SS).

W obozie Witold rozmawiał z porucznikiem Lechem z Rzezawy, członkiem podziemnej organizacji na wolności i członkiem organizacji oświęcimskiej. Dowiedział sią od niego szczegółów o osobie prawdziwego Tomasza Serafińskiego. O Tomaszu Serafińskim opowiadał mu także więzień — mieszkaniec Bochni — Edmund Zabawski. W Bochni mieszkała rodzina Serafińskiego i dlatego Bochnia była ważnym etapem naszej ucieczki. Tu mo­gliśmy znaleźć pewne schronienie i pomoc, i — co nie mniej ważne — mogliśmy nawiązać łączność z organi­zacjami ruchu oporu.

Od dnia 2 maja, kiedy to podczas ucieczki dotarliśmy szczęśliwie do Bochni, zamieszkaliśmy przy ulicy Sąde­ckiej nr 39, w mieszkaniu ogrodnika, pana Obory. Był on teściem pozostającego nadal w obozie Edmunda Zabawskiego. W domu tym zamieszkiwała jego żona Helena,, która była córką ogrodnika.

W drugim dniu po naszym przybyciu do Bochni syn pana Obory — Zdzisław — zawiadomił o nas Urszulę Wińską, dyrektorkę bocheńskiego gimnazjum. W jej domu mieściła się „skrzynka organizacyjna". Zwróciliśmy się do niej z prośbą, aby ułatwiła nam przedostanie się do Wiśni­cza, gdzie mieszkał Tomasz Serafiński.

Wkrótce potem nastąpiło spotkanie Witolda-Tomka z panią Wińską. Jej brat, Leon Wandasiewicz, przepro­wadził go bezpiecznie do Wiśnicza.

Tomek zamieszkał w domu, który nosił nazwę „Koryznówka". Nazwa ta jest znama w okolicy Bochni i Wiśni­cza z tego, że w domu tym spędził swą młodość jeden z naj­wybitniejszych polskich malarzy, Jan Matejko, którego żona była z domu Serafińska.

Troskę o nasze losy przejął od tej chwili Serafiński. Witold pozostał u państwa Serafińskich, otoczony serdecz­nością i troskliwą opieką. Jaś po tygodniowym pobycie u państwa Oborów został przekazany nauczycielowi w Trzcienie, Franciszkowi Skumielowi. Jeśli chodzi o mnie, pozostałem jeszcze przez dwa miesiące blisko u Oborów. Ukrywali mnie u siebie z narażeniem życia, żywili, opierali, ubierali i pilnowali, aby nie spotkało mnie jakieś nie­szczęście.

W kilka dni po naszym zainstalowaniu się w domu Oborów zjawił się fotograf, który wykonał nam zdjęcia do „kennkart". Nazajutrz otrzymaliśmy fałszywe dowody osobiste. Moja kenkarta wypełniona była na nazwisko: Adam Wiśniewski. Dokument ten miał pieczęcie i podpi­sy władz powiatowych.

Jaś otrzymał kenkartę na nazwisko Adam Gałązka. Ponieważ moje nowe imię brzmiało też Adam, nazwano mnie dla odmiany „Ewą". Imię to przylgnęło do mnie jako pseudonim na tamtym terenie.

Po dwóch miesiącach przeniosłem się także do Wiśni­cza. Tu ukrywał mnie pan Roman. Przebywałem u niego aż do chwili wyjazdu do Warszawy.

Na nowej 'kwaterze rozpocząłem pisać sprawozdanie o zbrodniach popełnianych na więźniach obozu oświęcim­skiego. Potem kontynuowałem to pisanie na Koryznówce, w domu Tomasza Serafińskiego.

U miejscowego fotografa zrobiłem sobie zdjęcie, tym razem już z większymi włosami. Zdjęcie to było przeina­czone do nowej kenkarty wystawionej przez Kraków na nazwisko Stefana Kucharskiego. Na podstawie tego do­kumentu zameldowano mnie w urzędzie meldunkowym w miejscowej gminie. Teraz mogłem prowadzić legalne życie.

Tomasz Serafiński, porucznik AK, pseudonim „Lis", przesłał meldunek do Komendy Okręgu AK w Krakowie o przybyciu trzech zbiegów z obozu oświęcimskiego, żąda­jąc ułatwienia im złożenia raportu o zbrodniach hitlerow­skich popełnianych w tym obozie i przedstawienia planów uwolnienia jego więźniów.

Rezultat tego raportu był nieoczekiwany. Komenda Krakowskiego Okręgu AK przesłała rozkaz ostrzegający przed dawaniem nam wiary, twierdząc, że możemy być agentami gestapo. Polecono przekazać nas do dyspozycji najbliższego punktu RGO (Rada Główna Opiekuńcza: organizacja pomocy spo­łecznej dla ludności polskiej Generalnego Gubernatorstwa. Powstała -w lutym 1940 r. M. in, udzielała pomocy materialnej więźniom, ofiarom hitlerowskich akcji wysiedleńczych, rodzinom zamordowanych przez okupanta). Rozkaz ten nie został wyko­nany przez porucznika Serafińskiego. Być może, że przy­czyną tej bolesnej decyzji był meldunek komendanta re­jonu AK, kapitana Wiatra, który nieufnie odnosił się do naszych relacji.

Komenda Krakowskiego Okręgu AK nie udzieliła nam pomocy ani też nie poczyniła żadnego kroku, którego celem byłoby odbicie obozu w Oświęcimiu. Próbowała za­wiesić w czynnościach porucznika Tomasza Serafińskiego za niewykonanie rozkazu, dotyczącego oddania nas do dy­spozycji RGO. Zdaje się, że niektórzy panowie mieli do­stateczną możliwość sprawdzenia wiadomości dotyczących zbiegów z Oświęcimia przez organa swego wywiadu, nim zdecydowali się na wydanie tak hańbiącego dla nich roz­kazu.

To postępowanie zostało potem napiętnowane przez Komendę Główną AK po przybyciu Witolda Pileckiego do Warszawy.

W lipcu, a więc w parę tygodni po naszej ucieczce, To­masz Serafiński dostał do swych rąk list gończy, wystosowany przez gestapo w Generalnej Guberni, poszukujący nas jako zbiegów z Oświęcimia.

Z oryginału listu sporządziłem odpis ma maszynie. Potem został zwrócony do komendy policji w Wiśniczu. Ale i ten fakt, że gestapo nas ściga, nie zdołał wpłynąć na zmianę stanowiska Komendy Krakowskiego Okrę­gu AK.

Wobec tego Witold Pilecki na własną rękę nawiązał kontakt z Warszawską Organizacją AK. Delegowała do nas porucznika Stefana Bieleckiego, zbiegłego z Oświęci­mia rok przed naszą ucieczką. Porucznik Bielecki przy­wiózł z Warszawy instrukcję i truciznę. Mieliśmy czekać na dalsze rozkazy.

NA FILM O ROTMISTRZU PILECKIM
Do dnia 14 września w ramach zbiórki publicznej wpłyneło:
151 236,76 zŁ
Po zakończeniu zbiórki do dnia 4 listopada na konto wpłyneło:
 26 724, 20 zł
 
Filmy oferowane przez
 Logo Stowarzyszenie AM kolor
są dostępne w sklepie: 

Oficjalne utwory akcji "Projekt: Pilecki"

"Ochotnik" FORTECA

"Projekt: Pilecki" objął patronatem płytę "Rotmistrz"

 "Rotmistrz Witold Pilecki" Cold Calculated

  "Zabrali mi Ciebie Tato" Joined

  "Nie byli obojetni" Joined

 

Zobacz zwiastun filmu "Ucieczka z piekła. Śladami Witolda Pileckiego"

 
 
 
 
 
 
 
Więciej o filmie znajdziesz tutaj:
 
 

 Patronat nad akcją

logo wMeritum png

Kontakt

STOWARZYSZENIE
AUSCHWITZ MEMENTO

Ul. Partyzantów 1, 32-600 Oświęcim
Tel.: 503-078-357, 508-099-030

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.;

Adres dodatkowy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.;

strona www: http://auschwitzmemento.pl

media o nas

Decyzja Ministra Administracji
i Cyfryzacji 

zgoda na zbiorke p1zgoda na zbiorke p2

Sprawozdanie ze zbiórki

sprawozdanie ze zbiorki projekt pilecki

Czytelnicy komiksu historycznego "Jan Hardy"
NA FILM O ROTMISTRZU PILECKIM
przekazali 222 cegiełek na kwotę:
444 ZŁ

dizpiasnicasistrzyczkazjs

 

© 2012 AuschwitzMemento