pilecki-konkurs-baner

W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 roku zbiegli z niemieckiego obozu KL Auschwitz Witold Pilecki, Edward Ciesielski i Jan Redzej. Czy znasz te nazwiska? O nich nie dowiesz się w szkole, nie usłyszysz w telewizji, nie przeczytasz w popularnych tygodnikach.

Czytaj więcej...

Ucieczka z Auschwitz

Fragmenty Raportu Witolda Pileckiego z 1945 roku (Pilecki przebywał w KL Auschwitz pod nazwiskiem Tomasza Serafińskiego)

W oryginalnym tekście Raportu nazwiska współpracowników Wiotolda Pileckiego i nazwy miejscowości zastąpione są numerami. Dr Adam Cyra rozszyfrował większość z nich, co uwidaczniamy w tej wersji tekstu.

Jeszcze w połowie marca koleżka mój z pracy i przyjaciel 164 [Edmund Zabawski] zawiadomił mnie, że jeden z naszych kolegów, którego znałem z widzenia, Jasiek 170 [Jan Redzej], ma zamiar wyjść z obozu, więc jeśli mam przesłać raport, to można przez niego. Poznałem Jaśka i od razu mi się spodobał. Podobała mi się jego zawsze uśmiechnięta gęba, szerokie bary i bezpośrednia szczerość. Słowem - pierwszorzędny kompan. Opowiedziałem mu o możliwościach kanałowych jako o wyjściu ostatecznym i spytałem, jakby sam to zrobił. Odpowiedział, że jeżdżąc z rolwagą po chleb do miasteczka, do piekarni, nieraz widział rowery piekarzy stojące obok piekarni. - Jak się nie da inaczej, to się siąść na rower i pojechać "na wariata".

Odradzałem. Po jakimś czasie przyszedł do mnie z wiadomością, że gdyby udało się dostać do piekarni, to tam są ogromne, ciężkie i okute drzwi, które dałoby się otworzyć, gdyż składają się z dwóch połówek. Żeby się przyjrzeć tym drzwiom lepiej przeniósł się za zezwoleniem kapa własnego komanda ("Brotabladung-kommando") na kilka dni do piekarni, niby pod pretekstem najedzenia się chleba. Jasiek ważył wtedy wprawdzie 96 kg, lecz kapo lubił go jako starego i wesołego pracownika.

Był koniec marca. Po pięciu dniach pobytu w piekarni Jasiek wrócił zrezygnowany. Praca w piekarni jest bardzo ciężka. Przez 5 dni wypocił 6 kg własnej wagi i ważył tylko 90 kg. Ale co gorsza, spostrzegł, że drzwi się nie da otworzyć. Potężny zamek, umieszczony w jednej połowie drzwi, wchodzący przy zamykaniu kluczem sztabą w drugą połowę może by nam nie przeszkodził, gdyby rygle zasuwy u obu części drzwi (razem 4) odsunąć; lecz był jeszcze zaczep umieszczony z zewnątrz, który przy zamknięciu drzwi zaczepiał obie połowy. Ciężka praca i ten zaczep zniechęciły Jasia. Więc przez jakiś czas o piekarni nie mówiliśmy, przenosząc nasze zainteresowanie na kanały.

W tym czasie w obozie wprowadzono dwie innowacje. W pierwszych latach mieliśmy dziennie trzy apele. Obok innych brutalnych i prymitywnych sposobów wykańczania, były apele z przedłużanymi stójkami - jeden ze sposobów cichego wykańczania. Potem zaszła zmiana w sposobach mordowania na bardziej "kulturalne"... gdy dziennie kończono gazem i fenolem tysiące, a później liczba przywożonych transportów do gazu doszła do 8 tysięcy ludzi dziennie. W tym postępie "kultury", odrzucając kończenie kijem, zdecydowano, że śmiesznym już jest ciche kończenie na stójkach apelowych, nikłe w skutkach w porównaniu z równie cichym kończeniem gazem, i w roku 1942 skasowano apel południowy. Od tego czasu obóz miał dwa apele. W niedzielę, jak dotychczas, apel był jeden - o 10.30.

Teraz, wiosną 1943 roku innowacją było skasowanie jeszcze jednego apelu - porannego i wprowadzenie dla więźniów cywilnych ubrań, których po zagazowanych były setki tysięcy. Cywilne ubrania z malowanymi lampasami wzdłuż pleców i w pasie na marynarce oraz na spodniach olejną farbą czerwoną miał prawo nosić więzień, który pracował wewnątrz obozu, w obrębie drutów. Wszyscy, co pracowali na zewnątrz i wychodzili poza ogrodzenie - z wyjątkiem kapów i unterkapów - nie mieli prawa nosić cywilnych ubrań.

W każdym razie między teraz a niegdyś była ogromna różnica. Teraz koledzy spali na łóżkach (pryczach). Okrywali się puszystymi kocami, pochodzącymi z "kanady" po zagazowanych transportach z Holandii. Ci, co pozostawali w obozie, rano wkładali doskonałe z wełny cywilne ubrania, oszpecone nieco jaskrawymi lampasami i szli do pracy, jak urzędnicy do biura, bez stania na apelu. Obiadowa przerwa też nie była zakłócona żadnym apelem lub stójką. Był jeden tylko apel wieczorny, który już w tych czasach nie był uciążliwy. Nie staliśmy długo, nawet w dniu stwierdzenia, że trzech kolegów uciekło z rewiru - stójki żadnej nie było. Szukano tylko skrupulatnie zbiegów, nie chcąc tych świadków mieć na wolności.

Starano się usilnie, by straszną opinię o Oświęcimiu, która się na zewnątrz już przedostała, zmienić radykalnie na lepszą. Ogłoszono wtedy, że obóz z koncentraku przemianowany będzie na Arbeitslager (obóz pracy), w każdym razie nie widziało się już żadnego bicia. Tak było przynajmniej u nas - w obozie macierzystym.

Porównywałem wtedy obrazki obozowe z roku 1940 na 1941 rok, gdy esesman w obecności nas kilkunastu wpadł nagle w szał i zamordował dwóch więźniów, a potem zwrócił się do nas, widząc wzrok wbity w siebie, jakby raptem potrzebował się usprawiedliwić, wyrzucił z siebie szybko: "Das ist ein Vernichtungslager!" (To jest obóz zagłady). Teraz starano się wszystkimi sposobami zatrzeć wszelkie ślady bodaj w pamięci ludzkiej, że mogło tak kiedyś być. Ciekawe, jak zdołają wymazać z pamięci: pracę komór gazowych i sześciu już krematoriów.

Nic się nie zmieniło w stosunku do złapanych na nieudanej ucieczce. Znowu powiesili dwóch na placu ku odstraszeniu ich przyszłych naśladowców. Spojrzeliśmy wtedy z Jasiem na siebie i powiedzieliśmy sobie wzrokiem: "No cóż? Obie strony będą próbować. My będziemy próbować wyjść, a oni niech próbują łapać."

Gdy Jasiek już nieco odpoczął po kilkudniowej pracy w piekarni, zapytałem go, czy by się nie dało tego cholernego zaczepu usunąć z drzwi? Jasiek wyjaśnił, że ostatecznie dałoby się, bo jest przytwierdzony śrubą o mutrze zakręcanej na drzwi od strony wewnętrznej. W następnych dniach Jasiek, wożąc chleb z piekarni, zrobił w świeżym chlebie odcisk mutry i klucza od kłódki , którą było zamknięte okno w piekarni, w hali, gdzie składano wypieczony chleb. Według tego odcisku klucz na mutrę robił znajomy Jaśka, ślusarz na "Industriehof I". Klucz do kłódki robił w tejże ślusarni były mój współpracownik w TAP w Warszawie, chor. 28 [Szczepan Rzeczkowski]. Oba klucze były w ciągu doby gotowe. Jaśkowi udało się ostrożnie sprawdzić, czy pasują. Klucz od kłódki był zrobiony na wszelki wypadek, gdyż okno otworzyć nieznacznie, jak Jasiek mówił, było prawie niemożliwe.

Lecz od zrobienia kluczy do wyjścia było jeszcze bardzo daleko. Na drodze do ucieczki był to zaledwie mały krok. Przede wszystkim obydwaj musielibyśmy znaleźć się w piekarni i co do mnie, mogłem się tam zjawić tylko na moment, gdyż zorientowaliby się od razu, że nie jestem fachowcem, a praca jucznego zwierzęcia dla przenoszenia worków z mąką była obsadzona i zazdrośnie strzeżona przez tych, co tam udawali piekarzy. Poza tym czas pobytu w piekarni, gdybym się tam dostał, musiałby być bardzo krótki, gdyż nie mogłoby to wyjść na jaw wobec władz paczkarni, gdzie dopiero niedawno uznany zostałem za nieodzownie potrzebnego i reklamowany. Samowolna zaś zmiana komanda nasuwała władzom myśl o montowaniu ucieczki, szczególnie przeniesienie się z tak dobrego komanda; w ten sposób szybko można się było znaleźć w SK, jak było z Olkiem 167 [Aleksander Bugajski].

Po chwilach rozmyślań nad przeszkodami do zwalczenia w drodze przez piekarnię, myślą przenosiłem się do drogi kanałami, która jednak również miała trudne do przyjęcia punkty... I znowu myślą wracałem do piekarni. Aż wreszcie stanowczo zdecydowaliśmy z Jaśkiem iść przez piekarnię. Zlikwidować istniejące przeszkody, przy tym zrobić wszystko, by trafić tam do nocnej zmiany i - jeśli chodzi o mnie - tylko na jedną noc. Należało więc tylko to wykonać.

Nic nie mówiąc na razie, nawet Jaśkowi, poszedłem do 92 [Wacław Weszke], którego kolega, po Mietku, był teraz "Arbeistdienstem". Przez niego, nie mówiąc o dalszym celu tego posunięcia, załatwiłem sprawę przeniesienia Jasia do piekarni mówiąc, że jest on właściwie z zawodu piekarzem i tuła się po różnych komandach nie wiadomo dlaczego, co nawet nie wypada, bo to taki stary numer.

Nazajutrz Jasiek przybiegł do mnie z wiadomością, że nie wie, jakim sposobem, dostał kartkę do piekarni, że kapo martwi się jego odejściem i był niezadowolony, ale jakoś pogodził się z losem. Opowiedziałem, skąd kartka się wzięła i Jasiek poszedł do piekarni na stałe. Po paru dniach był "starym" piekarzem. Kapo piekarni, Czech, któremu Jasiek zaimponował humorem i siłą, zrobił z niego swego zastępcę, unterkapo, i z przyjemnością zgodził się na to, że sam będzie chodził w dzień, a Jasiek w nocy.

Mieliśmy do Świąt Wielkanocy zaledwie kilka dni... Postanowiliśmy korzystać ze świąt jak z okresu, w którym wśród esesmanów, kapów i wszelkich władz obozu pod wpływem wódki panowało swego rodzaju rozluźnienie i mniejsza czujność. Kiedyś za wódkę, którą było czuć od któregoś z kapów, nieraz Fritzsch lub Aumeier sadzali ich do bunkra, lecz czasy się zmieniły. I teraz oficjalnie pić wódki nie można było pod karą bunkra, lecz tak samo pod karą nie tylko bunkra, ale i SK, nie wolno było mieć stosunków z kobietami, a jednak i pod tym względem było rozluźnienie. Nie tylko esesmani ale i więźniowie mieli stosunki z Niemkami w mundurach SS, które tu były władzą dla kobiecego obozu, a rekrutowały się nieraz z kobiet ulicznych i więźniowie w przemarszu z pracy w kolumnie znacząco porozumiewali się ze spotykanymi esesmankami. Jakiś procent spotykających się czasami wpadał i wielu więźniów, przeważnie kapów lub blokowych, siedziało w bunkrze, unikając SK tylko ze względu na markę, jaką mieli u władz. Między innymi za podobne wykroczenia siedział w bunkrze blokowy 171 [NN]. Więźniowie teraz wobec osłabnięcia rygorów w obozie, nawiązali kontakty na stałe z kobietami. Potworzyły się pary i całe romantyczne historie. Esesmani też nie byli wolni od tego rodzaju wykroczeń. Od kilku już miesięcy widziało się niespotykany niegdyś obrazek, jak z bunkra naszego, z 11 bloku, wyprowadzano esesmanów, bez pasów, na półgodziny spacer dwa razy dziennie. Esesmanów zamkniętych za stosunki z kobietami.

Zasadniczo za takie wykroczenie jak stosunek z kobietą należącą do rasy "podludzi" groziła esesmanom kara o wiele większa - karny obóz specjalnie dla esesmanów, do którego trafił za stosunek z Żydóweczką, Katti, sam Palitzsch, skazany na wiele lat. Lecz to sprawa znacznie późniejsza. Na razie stosowano łagodniejszą karę bunkra lub w ogóle uchodziło to im bezkarnie. Bo tu również była konspiracja i wybieranie kobiet w Rajsku przez esesmanów było ściśle ukrywane w ich własnym kółku. Na dodatek komendant też miał grzeszki na sumieniu. Opanowała go "gorączka złota". Ostrożnie bardzo kombinując z Erikiem w garbarni, zbierał złoto, drogie kamienie i wartościowe przedmioty i w razie ostrzejszej kary mógł się obawiać zemsty ukaranego esesmana w postaci meldunku na siebie. Starał się więc wykroczeń podkomendnych swoich prawie nie widzieć.

Natomiast "gorączka złota" ujawniona u więźnia zawsze kończyła się jego śmiercią, gdyż po dochodzeniu w bunkrze i rewizji w miejscach wskazanych przez więźnia, esesmani zwykle kończyli go, żeby się pozbyć świadka tego, ile złota mu zabrali. Tu ginęli wszyscy, bez różnicy narodowości. Tak również zginęło dwóch drani, Niemców, blokowy 22 bloku i kapo Walter.

W drogę do domu chciał wybrać się z nami ppor. 164 [Edmund Zabawski], lecz ze względu na obawę o najbliższych zrezygnował. Dał nam adres rodziny w miejscowości Z [Bochnia]. Pisał, uprzedzając dyskretnie, o odwiedzinach kogoś od niego i dał nam umówione hasło do swoich i kontakt do organizacji w miejscowości Z [Bochnia].

W paczkarni przeniosłem się z nocnej na dzienną zmianę. Wielkanoc przypadała 25 kwietnia. Pogoda była piękna, słoneczna. Jak zawsze wiosną, gdy wystrzelała z ziemi w górę trawa i pączki na drzewach zamieniały się w listki i kwiaty, najbardziej pragnęło się wyjść na wolność.

W Wielką Sobotę, 24 kwietnia, w paczkarni od rana skarżyłem się na ból głowy. Któż to wiedział, że boleć nie umiała? Po południu nie poszedłem do pracy. W bloku skarżyłem się również na ból stawów i łydek. Blokowy, spokojny dosyć Niemiec, zawsze grzeczny wobec pracowników paczkarni, słysząc, co wystarczająco głośno przy nim mówiłem sztubowemu o charakterystycznych bólach, powiedział z niepokojem: "Du hast Fleckfieber. Geh schnell zum Krankenbau!" [Masz tyfus! Idź szybko do szpitala!] Udałem niechęć do szpitala i, niby ociągając się, poszedłem. W rejonie szpitala znalazłem Edka 57 [Edward Ciesielski]. Powiedziałem mu, że muszę znaleźć się dziś jeszcze w szpitalu, najlepiej na bloku tyfusowym (on był tam magazynierem) pod warunkiem, że ułatwi mi nieformalne wejście tam (przyjęcie) i wyjście z bloku za parę dni. Edek mało się namyślał; w czasie roboty szedł zawsze na całego.

Po południu w Wielką Sobotę ambulans już nie kursował. Edek sam załatwił wszelkie formalności związane z przyjęciem mnie drogą przez ambulans (na 28 bloku) na blok tyfusowy i korzystając nadal z braku obsługi sam mnie wprowadził jako chorego. Tu omijając zwykłą drogę, kąpiel i odebranie rzeczy chorego, umieścił w osobnym pokoiku na parterze, gdzie rozebrałem się, zostawiając rzeczy pod opieką wskazanego mi przez Edka kolegi. Następnie zaprowadził mnie do sali chorych na parterze, której komendantem był 172 [Janusz Młynarski]. Znaleziono mi łóżko i Edek oddał mnie pod opiekę 172 [Janusz Młynarski], który mnie pamiętał z czasów choroby mojej, tyfusu. Teraz sądził, że to nawrót tyfusu, lecz że na chorego w ogóle nie wyglądałem, kiwał głową i nie pytał dyskretnie ani Edka, ani mnie o nic. Edka pożegnałem wdzięcznym uściskiem ręki i oświadczeniem, że pojutrze rano muszę wyjść.

W niedzielę, w pierwszy dzień świąt, piekarnia nie funkcjonowała, ale w poniedziałek zaczynała pracę. Należało więc wyjść i usiłować przystąpić do pracy w dzień jej rozpoczęcia, wtedy zjawienie się moje będzie (moment psychologiczny) mniej raziło i nie będzie podejrzane dla orientujących się, że w czasie świąt zaszła jakaś zmiana w obsadzie piekarni.

W nocy z soboty na niedzielę spałem na sali bloku 20 i śniłem niezwykły sen: wpadam do jakiejś szopy, gdzie stoi piękny koń; gdybym nie był kawalerzystą i nie znał maści, powiedziałbym koloru białego jak mleko. Szybko wrzucam siodło na tańczącego na uwięzi konia, ktoś przynosi mi biegiem derkę, podciągam popręgi zębami (zwyczaj mój z lat 1919/20), wskakuję na siodło i wyjeżdżam z szopy. A do konia już bardzo tęskniłem...

Niedziela, Wielkanoc. Leżę w łóżku nadal na bloku 20. Od czasu do czasu wpada Edek, by się dowiedzieć, czy mi czego nie trzeba. Po południu zdecydowałem się na pewną rozmowę z Edkiem. Edek, przywieziony tu jako młody chłopiec, po dwóch latach bytności w Oświęcimiu, dobiegał dwudziestki. Złapano go z pistoletem w kieszeni. Sądził, że mogą go już z Oświęcimia nie wypuścić. Nieraz mówił mi: "Panie Tomku, na pana tylko liczę..." Więc po południu w niedzielę powiedziałem mu: "Edek, co tu dużo gadać, ja wychodzę z obozu. Ponieważ ty mnie do HKB, omijając formalności, wprowadziłeś i masz mnie jutro ze szpitala wyrzucić, znowu bardzo nieformalnie rzecz załatwiając, bo bez kwarantanny i wbrew przepisom nie na blok 6, z którego przyszedłem, a na blok 15, więc po mojej ucieczce, kogo wezmą za łeb? Ciebie. Proponuję ci więc iść ze mną."

Edek namyślał się zaledwie parę minut. Na razie nie pytał nawet jaką drogą. Zdecydował, że idziemy razem.

Gdy Jasiek wkrótce po tym podszedł pod okno i mówił mi, że jutro rano muszę wyjść i być na bloku 15, powiedziałem mu, że wszystko pięknie, ale ja nie sam wyjdę, tylko z Edkiem. Janek złapał się za głowę, lecz po chwili, gdy dowiedział się, że Edek to chłopak morowy, wrócił do swej zawsze wesołej miny i powiedział: "No, i cóż tu zrobić?"

Tego wieczora Edek zrobił awanturę blokowemu, że tu nie ma miejsca dla Polaków, że nie chce tu dłużej być i jutro wychodzi na obóz. Blokowy, Niemiec, lubił Edka i zaczął go uspokajać, mówiąc, że nie widzi żadnej potrzeby, by porzucał dobre stanowisko magazyniera i w ogóle go nie puści, bo i po co ma się poniewierać gdzieś w pracy, gdy tu ma mało roboty, a jedzenia, ile chce. Edek jednak nie dał się przekonać. Twierdził ciągle, że nie zostanie, bo jako Polak jest poniewierany. Wreszcie blokowy się zniecierpliwił i powiedział: "A to już idź wariacie jeden, gdzie chcesz!"

Echo tego doszło do sali, gdzie leżałem. W krótkim czasie do 172 [Janusz Młynarski] przybiegali sztubowi i pflegerzy z całego bloku i pytali jeden drugiego, co się z Edkiem stało, że porzuca taką dobrą posadę. Ponieważ widziano, że Edek do mnie przychodził, więc pytano, czy mi nie mówił, dlaczego odchodzi z bloku. Powiedziałem, że - wiadomo - młody, nierozważny jeszcze.

Noc z niedzieli na poniedziałek spędziłem na tym samym łóżku i znowu śniłem o koniach. Śniłem, że wóz, na którym siedziało kilku z nas, kolegów, zaprzężony był w parę koni, lecz przed nią w zaprzęgu jeszcze trzy konie "wporęcz". Konie szły raźno. Wóz wjechał nagle w grząskie błoto. Konie z trudem brnęły i ciągnęły wóz, lecz w końcu wyciągnęły go na twardą drogę i dalej potoczył się szybko.

Poniedziałek rano, drugi dzień świąt. Edek przyniósł kartkę, "Zettel", przenoszący mnie na blok 15. Sam też miał taką kartkę na blok 15. W wystawieniu tych kartek pomógł Edkowi kolega 173 [Władysław Fejkiel]. Wstałem z łóżka, ubrałem się znowu w moje ubranie, które leżało w małym pokoiku obok sali i z Edkiem poszliśmy na blok 15. Tu weszliśmy do izby pisarskiej bloku, by zameldować się blokowemu, Niemcowi. Nastrój tu był świąteczny. Blokowy, najwyraźniej po wódeczce, grał z zapałem w karty z kapami. Stanęliśmy na baczność i zameldowaliśmy przepisowo i sprawnie swój przydział do tego bloku. Blokowy powiedział po niemiecku:

- Od razu widać, że stare numery. Przyjemnie słuchać jak meldują - rozpromienił się. Lecz nagle zmarszczył czoło: - Wy dlaczego do mego bloku?

- My jesteśmy piekarze.

- Ach, piekarze, no dobrze - mówił blokowy, zerkając jednocześnie w swoje karty. - A kapo piekarni już wie o tym?

- Jawohl. Myśmy z kapo już rozmawiali. On nas przyjmie do pracy.

Kapa piekarni myśmy jeszcze wcale nie widzieli, lecz skoro postanowiliśmy wprowadzać wszystkie władze obozu w błąd, więc brnęliśmy dalej zdecydowanie.

- No dobrze, dajcie Zettel i idźcie na salę.

Oddaliśmy kartki przeniesieniowe z bloku 20 na 15 i poszliśmy na salę w środowisko piekarzy. Na sali czekał już na nas Jasiek, lecz rozmyślnie nie podszedł od razu. Stanęliśmy przed kapem i powiedzieliśmy, że jesteśmy piekarzami, że umiemy pracować w piekarni mechanicznej (którą właśnie mieli uruchomić) i zostaliśmy jako piekarze przeniesieni na blok 15 i że blokowy nas zna (poznał co prawda przed chwilą), że jesteśmy starymi numerami i jemu w komandzie wstydu nie zrobimy. Kapo, który tu siedział za stołem, najwyraźniej był zaskoczony i niezdecydowany, lecz zanim powziął decyzję, Jasiek już zaczął mu coś szeptać i uśmiechać się. Kapo też się uśmiechnął, ale nic nie mówił. Potem Jasiek powtórzył nam, co mówił mniej więcej: "Kapo, to jest dwóch frajerów, co się nacięło. Oni myślą, że w piekarni to się chleba najedzą i że u nas to taka lekka praca. Kapo, daj mi ich do nocnego komanda, a ja im dam taką szkołę - pokazał swoją wielką pięść - że im się po jednej nocy odechce piekarni."

Tymczasem my wręczyliśmy kapowi na pierwszą znajomość jabłko, cukier i konfitury, które miałem z paczki przysłanej z domu. Kapo spojrzał z uśmiechem na Jaśka, później na jabłko i cukier. Może taksował nas, licząc na paczki, które mu możemy jeszcze dać w przyszłości. Potem na nas spojrzał i wreszcie powiedział: "No, popróbujemy, jacy z was piekarze".

Dzwon na apel, który ze względu na dzień świąteczny wypadał przed godziną 11.00, przerwał dalszą rozmowę z kapem i odwlekał wzajemne zwierzenia się z Jankiem. Apel przeszedł bez przeszkód i zamieszania. Na razie jeszcze stan obozu się zgadzał. Stojąc w szeregu myślałem o tym, że jeśli wszystko pójdzie tak, jak planujemy, to jest to mój ostatni apel w Oświęcimiu. I obliczyłem, że miałem ich około 2,5 tysiąca. Jak wielka skala porównawcza - w różnych latach na różnych blokach. Tak, kurs w obozie zmieniał się stale na łagodniejszy.

Po apelu zebraliśmy się wszyscy trzej na najwyższych łóżkach sali piekarzy i rozmawialiśmy głośno o rzeczach obojętnych lub o paczkach żywnościowych, gdyż wokoło siedzieli nieznajomi więźniowie. Od czasu do czasu porozumiewaliśmy się jednak na temat dla nas zasadniczy. Jasiek, który z Edkiem od razu się zaprzyjaźnił, udawał, że zainteresował się nami ze względu na nasze paczki świąteczne. Chodziło o to, żeby dziś jeszcze pójść na noc do piekarni, gdyż stan jaki wytworzyliśmy, wprowadzając w błąd władze, nie mógł trwać długo. Poza tym musiałem być niewidoczny dla znajomych więźniów z bloku 6 i dla pracowników paczkarni, bowiem widzieli mnie zdrowego już na lagrze, a ta wiadomość zainteresowałaby kapa i szefa paczkarni, po czym mógłbym podzielić los Olka. Można się było jeszcze spodziewać rozmowy na nasz temat kapa piekarni z blokowym i wyjaśniłoby się, że ani jeden, ani drugi nas nie znali. Należało więc postępować szybko i przełamać przeszkody.

Do piekarni na wieczorną zmianę chodziło ośmiu piekarzy. Było ustalone, że tylu potrzeba więźniów do piekarni na noc. Tak zapisano w "Blockführerstube" na bramie i nie można było tego zmienić. W każdym razie, myśmy tego zmienić nie mogli. Zmiana nocna była obsadzona przez więźniów, którzy nikomu miejsca nie ustępowali. Dobrą stroną było, że Jasiek był już w tej zmianie, lecz teraz należało zrobić jeszcze dwa miejsca. Jak przekonać piekarzy bez wzbudzania ich podejrzeń, żeby nie szli dziś na noc do pracy, a nam ustąpili miejsca. Mogą obawiać się, że chcemy im odebrać ich posady. Kto wie, może jesteśmy dobrymi piekarzami (nie twierdziliśmy, że nimi nie jesteśmy) i kapo ich wyrzuci z piekarni, a nas weźmie na stałe. Tłumaczyliśmy, że otwierana jest piekarnia mechaniczna i że wszyscy będziemy potrzebni. Że jesteśmy starymi numerami i mamy możność znaleźć sobie inną pracę, tym bardziej, że oni mówią, iż wcale nie jest tak dobrze i łatwo, pójdziemy tylko jeden raz, zobaczymy, jaka to praca i więcej nie będziemy chcieli - znajdziemy sobie inne miejsce. Trudno wyszczególniać tu wszystkie argumenty i sposoby jakimi operowaliśmy, jednocześnie jednak musieliśmy udawać, że nie zależy nam aż tak bardzo i w tym czasie podsuwać im cukier, pierniki, jabłka. Rozdaliśmy wszystkie paczki, jakie mieliśmy za wyjątkiem małego pudełka z miodem, który dostałem z domu. Sprawa szła bardzo opornie.

Zdecydowaliśmy dawno, że z piekarni wrócić nie możemy, gdyż przede wszystkim ja (za samowolną zmianę komanda) trafię do SK, poza tym w piekarni się okaże, że piekarzami nie jesteśmy i już więcej do takiej pracy nas nie wezmą, a kapo wyrzuci z komanda. Lecz dlatego, żeby nie wrócić, trzeba było przedtem wyjść. A tu miejsca w zmianie nocnej nie było.

Około trzeciej po południu jeden z piekarzy zgodził się wreszcie ustąpić swoje miejsce na dzisiejszą noc, teraz chodziło nam o drugie miejsce. W międzyczasie biegałem do znajomych po niektóre rzeczy. Na blok 6 poszedłem bardzo ostrożnie po potrzebne mi rzeczy, niby dla chorego plt. 40 [Tadeusz Szydlik] (blok 18a), który o moim planie wiedział. U niego zmieniałem dwa razy buty. Byłem u por. 76 [Bernard Świerczyna] (blok 27), który dał nam na drogę ciepłą bieliznę - granatowe spodnie narciarskie, które włożyliśmy pod spód. Kolega 101 [Witold Kosztowny] (blok 28) dał mi na drogę granatową wiatrówkę.

Brakowało czasu, a wciąż jeszcze nie było miejsca w piekarni dla drugiego. Biegnąc z długimi butami, które po wypróbowaniu nie nadawały się, bo były niewygodne, natknąłem się prawie na starszego obozu. Postawiłem je na korytarzu bloku 25 pod drzwiami blokowego 80 [Alfred Włodarczyk] i z braku czasu nie mogłem już wejść, żeby cokolwiek wyjaśnić. Wybiegając z bloku 25 wpadłem na kpt. 1 [Stanisław Machowski], którego bez wyjaśnień serdecznie pożegnałem. Przebrałem się częściowo na bloku 22a w obecności płk. 122 [Teofil Dziama], kpt. 60 [Stanisław Kazuba] i kolegi 92 Wacław Weszke]. Z górnych łóżek, patrząc na szybkie ruchy przy wkładaniu pod pasiak wiatrówki i spodni narciarskich, kiwali głowami z przejęciem. Kpt. 60 [Stanisław Kazuba] z humorem powiedział swoje ulubione powiedzonko: "Uuu, niedoooobrze". Potem pożegnałem przyjaciela 59 [Henryk Bartosiewicz], który na drogę dał mi trochę dolarów i marek. Resztę przygotowań do drogi robiłem na górnym łóżku u przyjaciela, por. 98 [NN], przy tym pdch. 99 [NN] spał w najlepsze, więc nie budziłem go.

Na bloku 15 doczekaliśmy godziny siedemnastej z minutami, aż wreszcie znaleźliśmy takiego piekarza, który - czy to z powodu, że chciał mieć w bogatych więźniach, "starych numerach" , przyjaciół w przyszłości, czy może chciał w nocy odpocząć - nabrał do nas zaufania, że go nie wykiwamy i pracy mu nie odbierzemy i zgodził się.

O osiemnastej byliśmy gotowi. Jasiek przebrał się w cywilne ubranie, które mu od por. 76 [Bernard Świerczyna] już jakiś czas temu wykombinowałem, gdyż jako unterkapo mógł wyjść do pracy za drutami w cywilnym ubraniu. Wzdłuż pleców, w pasie i na spodniach miał szerokie, jaskrawe lampasy, czerwoną farbą malowane. Nikt nie wiedział, ma się rozumieć, że lampasy te malował kolega 118 [NN], rozpuszczając proszkowaną farbę w wodzie, a nie w pokoście.

O godzinie 18.20 esesman od bramy donośnym głosem wołał: "Bäckerei!" Na ten sygnał my wszyscy, którzy należeliśmy już do nocnej zmiany piekarni, wybiegliśmy z bloku 15 i popędziliśmy do bramy. Dzień był słoneczny, obóz świętował, więźniowie zażywali spaceru. W biegu od bloku do bramy spotkałem kilku kolegów, którzy z największym zdziwieniem spoglądali na mnie, gdzie ja biegnę z piekarzami, kiedy mam taką dobrą pracę w paczkarni. Poznałem twarze por. 20 [Jan Kupiec] i ppor. 174 [Jan Olszowski], lecz się ich nie obawiałem. Uśmiechnąłem się do nich, byli to moi przyjaciele.

Przed bramą ustawiliśmy się w dwa szeregi do wymarszu. Do końca nie byliśmy pewni, czy któryś z piekarzy, co nam miejsce ustąpił, nie rozmyśli się jeszcze i nie przybiegnie pod bramę. Wtedy któryś z nas, nowych, musiałby zostać. Obaj musielibyśmy pójść sami, bo nawet jeśli by się chcieć wycofać, już by nie można spod bramy tego zrobić. Lecz stanęło nas razem ośmiu, tylu, ilu było trzeba. Otoczyło nas aż 5 esesmanów. Podczas liczenia nas przez okienko z "Blockführerstuby" Scharführer rzucił w kierunku naszej eskorty: "Paßt auf!" [Uważajcie!]. Czyżby się czegoś domyślali? Lecz był powód inny. Był to poniedziałek, dzień, w którym zawsze zmieniała się eskorta piekarzy, obejmując tę służbę na cały tydzień.

Ruszyliśmy w drogę.

Pomyślałem wtedy, ile to razy przekraczałem tę bramę, lecz nigdy tak jak teraz. Teraz wiedziałem, że wrócić w żadnym razie nie mogę. Już z tego powodu poczułem radość i jakby skrzydła. Lecz do odlotu było jeszcze daleko.

Maszerowaliśmy szosą koło garbarni. Dawno tutaj nie byłem. Przechodząc, rzucałem wzrokiem na budynki, dziedziniec, w myśli przebiegając wszystkie tu prace moje i postacie kolegów, z których część już nie żyła.

W miejscu gdzie wypada szosa, którą szliśmy od obozu na inną, przy której stały domy miasteczka, rozdzieliliśmy się na dwa oddziałki. Dwóch piekarzy i aż trzech esesmanów poszli szosą w prawo, w kierunku mostu, do małej piekarni. Niewspółmiernie wielka eskorta dla tamtych dwóch i mała dla nas, gdyż z nami sześcioma poszło tylko dwóch esesmanów, była spowodowana tym, że ci trzej esesmani kombinowali jakąś świąteczną popijawę.

My pomaszerowaliśmy w lewo. Wreszcie ujrzałem wielką piekarnię, wychodzącą na nasze spotkanie dzienną zmianę piekarzy, drzwi groźne, okute, wielkie i plac zmagań o nasze życie na dzisiejszą noc.

Po wejściu do piekarni, szliśmy w lewo - w osobnej izbie, złożony był węgiel. Tam ulokowaliśmy nasze rzeczy, rozbierając się całkowicie z powodu wysokiej temperatury.

Było tam dosyć ciemno. Ułożyliśmy osobno każdy swe rzeczy, rozdzielając na takie, które należało wziąć i na takie, co mieliśmy zostawić - pasiaki.

Z dwóch naszych esesmanów, jeden, mniejszy, jakby tknięty przeczuciem od razu zaczął oglądać drzwi wejściowe, kiwać głową i mówić, że nie są zbyt pewne. Wymowny Jasio zaczął z uśmiechem wmawiać w niego, że jest wprost odwrotnie. Drzwi ciężkie, okute, zamykają się na wielki zamek, od którego klucz nosi esesman przy pasie, drugi klucz zapasowy wisi we wgłębieniu w murze za szybką, którą dla wyjęcia klucza trzeba by było rozbić. Podejrzliwość esesmana podyktowana była może przeczuciem, lecz i obowiązkowością, którą tu od pierwszego dnia chciała wykazać nowa warta. Pod tym względem poniedziałek wygodnym dniem nie był. Pod koniec tygodnia esesmani już może przez kilka dni przyzwyczaili się nieco do pracowników i byli nieuważni, nie tak czujni.

Nowa zmiana warty dawała ten plus, że przyszła tu tak jak my z Edkiem, po raz pierwszy i nie wiedziała, że my jesteśmy nowi, toteż w obserwowaniu pracowników piekarni nie robiła różnicy między nami a innymi więźniami.

Co robiliśmy w piekarni? Wypiekiem chleba kierowali cywilni piekarze, którzy przychodzili tu z miasteczka, pracując również na dwie zmiany. Przez noc musieliśmy wypiec określoną ilość bochenków chleba. Zespół piekarzy, który nie zrobił w czasie swej pracy odpowiedniej ilości bochenków, szedł do bunkra - cywilni piekarze i więźniowie razem. Toteż był gwałtowny pośpiech przy pracy. Przez noc musieliśmy zrobić pięć wypieków; pięć razy we wszystkie piece chleb wsadzić i pięć razy wyjąć.

Mieliśmy próbować wyjścia z piekarni po drugim wypieku, gdyż po pierwszym było zbyt wcześnie. Tymczasem przeszedł pierwszy, drugi, trzeci i czwarty wypiek, a my wciąż jeszcze nie mogliśmy wyjść z piekarni. Tak jak przy pasjansie karty muszą się ułożyć i trzeba robić najrozmaitsze ich przekładanie i tasowanie, by pasjans się udał, tak również i tu krzyżujące się przebiegi piekarzy po mąkę, piłowiny, węgiel, wodę, odwożących gotowe już bochenki, wzajemnie sobie krzyżowały drogi w najrozmaitszych kierunkach, gmatwane jeszcze przez chodzących w ślad za nimi dozorujących esesmanów, musiały również tak się układać, by umożliwić nam znalezienie się w pewnym momencie w pobliżu drzwi nie objętych wzrokiem ani esesmana, ani piekarzy. A stawką tego pasjansa było życie.

Byliśmy zamknięci w piekarni z powodu konieczności wykonywania pracy, która musiała być robiona szybko i nie mogliśmy hamować biegu pracy innych piekarzy. Oblewaliśmy się potem z powodu wielkiego gorąca. Piliśmy wodę nieomal wiadrami. Usypialiśmy czujność esesmanów i piekarzy, robiąc wrażenie, że zajęci jesteśmy tylko pracą. We własnych oczach byliśmy, jak rzucające się, zamknięte w klatce zwierzęta, pracujące całym sprytem nad ułożeniem warunków wyjścia z klatki, koniecznie jeszcze tej nocy. Godziny biegły. Pasjans gmatwał się, nie układał, wyjście na razie było nie do zrealizowania. Możliwości to się zwiększały, to znowu zmniejszały. Napięcie nerwów to słabło, to przybierało na sile.

Drzwi były na widoku. Esesmani chodzili w przód i w tył podchodząc do samych drzwi. Okna, zamkniętego na kłódkę otworzyć nie można było, gdyż koło niego stale ktoś się kręcił. Gdy minął poniedziałek, a po północy rozpoczął się wtorek, sytuacja uległa pewnemu odprężeniu. Jeden z esesmanów położył się i spał, albo udawał, że śpi; w każdym razie nie chodził. Piekarze też wszyscy byli przemęczeni. Gdy koło godziny drugiej gotów był wypiek czwarty i pozostał tylko jeden, wtedy piekarze zrobili dłuższą przerwę i zaczęli się posilać.

Nasza trójka nie miała spokoju. Janek ubierał się już po kryjomu. My z Edkiem maskowaliśmy jego ruchy, niby przez gorliwość wożąc to węgiel, to wodę, przygotowując je do ostatniego wypieku. W rzeczywistości przygotowywaliśmy się do ostatecznego wysiłku - dokonania wyjścia. W pewnej chwili, gdy esesman szedł do drzwi w kierunku hali, Janek, wiedząc, że odwróci się dopiero za dwie trzy minuty, wymknął się w ubraniu, szybko odkręcił mutrę, która poddała się żelaznym rękom Janka łatwo i wypchnął śrubę z zaczepem, który upadł za drzwiami. W powrotnej drodze esesmana Jasio zniknął w komorze z węglem. My chodziliśmy z taczkami po węgiel. W następnej turze wędrówki esesmana od drzwi, gdy był do nich odwrócony plecami, Jasio szybko i bezgłośnie odsunął dwa rygle górne i dwa dolne. My, kursując z taczkami, zasłanialiśmy drzwi naprzemian. Piekarze, zmęczeni, siedzieli bądź leżeli wszyscy w wielkiej hali. Rygle zajęły więcej czasu niż mutra. Jasiek w ubraniu, już na oczach esesmana, wszedł do ubikacji, która była tuż przy drzwiach. Esesman nie zwrócił uwagi na to, że był on ubrany, może jako nowy sądził, że nad ranem jest to rzecz normalna.

Na razie niby szło dobrze. Nagle stała się rzecz nieprzewidziana. Tknięty jakimś przeczuciem, czy może wprost bezmyślnie, esesman podszedł do drzwi, stanął przy nich, twarzą do nich o jakieś pół metra i zaczął je oglądać. Odstawiłem taczkę mimo iż stałem za nim o jakieś 4 metry. Edek również zamarł z przerażenia koło stosu węgla. Obaj czekaliśmy tylko głośnego krzyku esesmana jako hasła, by rzucić się na niego, obezwładnić i związać. Dlaczego nic nie zauważył? Czy w ogóle miał oczy otwarte, czy też może śnił o czymś - tego już potem nigdy zrozumieć nie mogłem. Przypuszczam, że i on musiał się nad tym nazajutrz głowić w bunkrze. Odwrócił się od drzwi i pomaszerował spokojnie w stronę pieców. Gdy był od drzwi o jakieś 6 metrów, Jasiek wyślizgnął się z ubikacji, ja skoczyłem cicho po rzeczy i w sekundę później gwałtownie naciskaliśmy z Jasiem na drzwi. W tej chwili Edek, tuż za plecami jednego esesmana rzucił się z nożem szybko i bezgłośnie w stronę łóżka ze śpiącym drugim esesmanem i ... po przecięciu kabli w dwóch miejscach wziął jego kawałek na pamiątkę! W tym czasie drzwi naciskane przez nas wyginały się łukiem, lecz nie puszczały. Esesman odchodził powoli, był od nas 8, za chwilę - 9 metrów. Wzmogliśmy nacisk na drzwi, które wygięły się jeszcze bardziej, lecz wciąż nie puszczały. Edek w tym czasie od łóżka esesmana skoczył po ułożone swoje rzeczy w komorze węglowej. Jasiek zdwoił siły, u mnie zdwojone było napięcie wszystkich nerwów - drzwi jednak wydawały się mocniejsze od nas. Włożyliśmy w nacisk na drzwi cały wysiłek, na jaki nas było stać, gdy w tem... gwałtownie i bezdźwięcznie rozwarły się one przed nami. Powiało chłodem na rozpalone nasze głowy, błysnęły gwiazdy na niebie, jakby mrugając porozumiewawczo. Wszystko to zmieściło się jakoś w jednym mgnieniu oka.

Skok w ciemną przestrzeń i bieg w kolejności: Jasiek, ja, Edek. Jednocześnie sypnęły się za nami strzały. Jak biegliśmy szybko - trudno opisać. Kule nas nie tknęły. Rwaliśmy powietrze w strzępy szybkimi ruchami rąk i nóg.

Gdy byliśmy mniej więcej sto metrów od piekarni, zacząłem krzyczeć: "Jasiek, Jasiek...", lecz Jasiek gnał naprzód jak koń wyścigowy. Gdybym mógł go dopędzić, chwycić za ramię. Odległość między nami trzema wciąż była jednakowa, pędziliśmy wszyscy równomiernie.

Strzałów za nami było dziewięć. Potem ucichło. Esesman przypuszczalnie rzucił się do telefonu. Ten, co spał, na pewno przez pierwszą minutę był całkowicie zdezorientowany.

Chciałem zatrzymać Jaśka, miałem bowiem w planie kierunek ucieczki pod kątem prostym w prawo od tego, w którym mknęliśmy. Udało mi się to mniej więcej po 200-300 metrach. Jasiek zwolnił, ja dopadłem go, Edek dobiegł również.

- No, co? - pytał Jasio zdyszany.

- Teraz już chyba nic - odrzekłem.

- Mówiłeś, że masz dalszy plan marszu?

Zgadzało się, plan miałem. Miałem przebrnąć Sołę i iść drugą stroną rzeki w kierunku odwrotnym - wprost na obóz i dalej na południe, na Kęty. Lecz bieg Jaśka w kierunku północnym wszystko zmienił. Teraz już zawracać było zbyt późno. Było po drugiej nad ranem. Należało się spieszyć.

- Więc co teraz? - pytali koledzy.

- Nic. Ubierajmy się - rzekłem. - Ja poprowadzę dalej.

My dwaj byliśmy prawie w kąpielówkach, z węzełkami z ubrań pod pachą. Biegliśmy dotychczas w pewnej odległości od rzeki, lecz wzdłuż Soły, na północ. Teraz, po przebraniu się i pozostawieniu dobrze ukrytych w krzakach spodni w pasy, które przez omyłkę wzięliśmy ze sobą, poprowadziłem nas na sam brzeg rzeki (lewy), i brzegiem, krzakami dalej na północ. Edek zapytany, czy ma paczkę ze sproszkowanym tytoniem, oświadczył, że miał, ale się w biegu wszystko wysypało. Jeśliby puścili psy po śladach, nawąchają się tej tabaki. Tytoń ten suszyłem i starłem na tabakę już bardzo dawno, jeszcze pracując w łyżkarni, skąd mieliśmy niegdyś przygotować ucieczkę dla kolegów. Teraz co prawda zbyt szybko się wysypała, lecz zawsze mogła nieco chronić ślady.

Nie zmieniając raz obranego kierunku na północ, mieliśmy przed sobą widły rzeczne. Soła wpadała do Wisły, lecz przed tym jeszcze przez Sołę w prawo był most kolejowy, podług zebranych wiadomości, strzeżony stale przez wartownika.

- Tomek, gdzie idziesz? - pytał Jasio.

- Nic nie gadaj. Nie mamy wyjścia innego i nie mamy wiele czasu. Idziemy możliwie najkrótszą drogą.

Zbliżaliśmy się do mostu. Szedłem pierwszy, miałem gumą podbite podeszwy. Za mną o 10-15 kroków szedł Jasio, a na końcu Edek. Ostrożnie, obserwując budkę z lewej strony na przyczółku mostu, wszedłem na nasyp kolejowy i most. Koledzy szli za mną. Cicho stąpając, zaczęliśmy jednak dość szybko posuwać się po moście. Przeszliśmy już trzecią część, potem połowę, zbliżaliśmy się do przeciwległego brzegu, do końca mostu... Na razie szliśmy bez przeszkód... Wreszcie, gdy most się skończył, skoczyliśmy szybko w lewo, z nasypu na łąkę czy pole. Niespodziewanie dla nas most przebrnęliśmy bez przeszkód. Posterunkowi musieli się gdzieś zabawiać w przyjemnym towarzystwie na święta...

Dalej, z lewej strony toru, obrałem kierunek na wschód, wzdłuż Wisły. Orientować się było łatwo, niebo było pełne iskrzących gwiazd. Już czuliśmy się w jakimś stopniu wolni. Od całkowitego uczucia wolności dzieliło nas jeszcze ciągle niebezpieczeństwo.

Rozpoczęliśmy bieg na przełaj. Z prawej strony zostawało miasteczko Oświęcim. Przesadzaliśmy rowy, przebiegaliśmy w poprzek drogi, biegliśmy po zaoranych polach i po łąkach, zbliżaliśmy się do Wisły, to znów oddalali, w zależności od skrętów rzeki. Później dopiero mogliśmy podziwiać, ile człowiek potrafi znieść, gdy pracują wszystkie nerwy. Zdobywaliśmy wznoszące się w górę zaorane pola, zjeżdżaliśmy po cementowanych skarpach, wdrapywaliśmy się jak koty na skraj regulowanych jakichś kanałów. Ominął nas, dopędzając, jakiś pociąg, gdy szliśmy wzdłuż torów.

Wreszcie po kilku kilometrach - jak nam się wtedy wydawało - dziesięciu, lecz było trochę mniej zza wyniosłości ujrzeliśmy przed nami, na naszej drodze płoty, baraki, wieżyczki, druty... Przed nami był obóz i tak dobrze znane nam pełzanie świateł reflektorów. W pierwszej chwili zdębieliśmy. Lecz w następnej wywnioskowaliśmy, że jest to filia naszego obozu, tak zwana Buna.

Nie mieliśmy czasu na zmianę kierunku. Świt barwił już niebo. W tempie przyspieszonym zaczęliśmy obóz obchodzić z lewej strony. Zetknęliśmy się z drutami. Zsuwaliśmy się znowu i drapali po skarpach. Przechodziliśmy kanały po kładce. W jednym miejscu ostrożnie stąpaliśmy po kładce, przez którą, pieniąc się, przelewała się woda. Omijaliśmy druty, obchodząc je w wodzie. Wreszcie i ten obóz został za nami.

Dobiegliśmy (bo ciągle jeszcze byliśmy zdolni biec) do brzegu Wisły i brzegiem zaczęliśmy posuwać się dalej, szukając na wszelki wypadek miejsc do ukrycia się we dnie.

Już dniało. Nie było dla nas większej osłony. Ciemny pasek lasu czernił się daleko na horyzoncie. Zrobiło się jasno zupełnie. Tuż, przy brzegu Wisły, stała wieś. Na wodzie kołysały się łódki, własność mieszkańców tej wioski. Postanowiłem przepłynąć łodzią przez Wisłę. Łodzie były przycumowane łańcuchami do wbitych pali. Łańcuchy zamknięte na kłódki. Obejrzeliśmy łańcuchy. Jeden z nich był połączony z dwóch kawałków za pomocą śruby. Jasiek wyjął klucz (kawał sztaby z otworem na mutrę), którym odkręcał śrubę w piekarni. Zaskoczył nas znowu zbieg okoliczności. Klucz akurat pasował na mutrę. Odkręciliśmy mutrę, łańcuch rozszedł się na dwoje.

Wschodziło właśnie słońce. Wsiedliśmy do łódki i odbiliśmy od brzegu. W każdej chwili mógł ktoś wyjść z domów wioski, odległych zaledwie od nas o kilkadziesiąt kroków. Kilkanaście metrów przed przeciwległym brzegiem łódź natknęła się na mieliznę. Nie mieliśmy czasu na spychanie. Skoczyliśmy do wody i brnęliśmy dalej pieszo, brodząc po pas aż do brzegu. Zgrzane przez całonocny bieg ciało i stawy zareagowały. Na razie nic jeszcze nie czuliśmy, szybko wyskakując na brzeg Wisły.

W odległości dwóch kilometrów od nas był ciemny pas lasu. Las - tak bardzo przeze mnie kochany, do którego tęskniłem przez kilka lat, w tym wypadku był zbawieniem, był pierwszą prawdziwą zasłoną w terenie, która nas mogła ukryć. Nie można powiedzieć, żeśmy do tego zbawienia pobiegli; biec nie mieliśmy już sił. Szliśmy przyspieszonym krokiem, ale czasami z braku sił zwalnialiśmy tempo.

Słońce świeciło już jasno. W oddali słychać było warkot motocykli na szosach, może nawet w pościgu za nami... A myśmy szli wolno. Moje i Edka ubrania, z bliska może nieco podejrzane, z daleka mogły ujść jako ciemne, nie rażące sylwetki. Natomiast piękny, cywilny garnitur Jasia raził z daleka krzyczącymi przeraźliwie czerwonymi pasami.

W oddali widoczni byli jacyś ludzie pracujący na polu. Musieli nas widzieć. Las zbliżał się powoli. Dziwne - po raz pierwszy w życiu poczułem zapach lasu z odległości blisko stu metrów. Nasze zmysły dobiegł potężny aromat, przemiły świergot ptaków, powiew wilgoci, zapach żywicy. Wzrok się zagłębiał w bliską już tajemniczość boru. Weszliśmy za kilkanaście pierwszych drzew i legliśmy na miękki mech. Leżąc na wznak wysyłałem ponad wierzchołki drzew myśl, która radośnie zwijała się w wielki znak zapytania. Metamorfoza. Co za kontrast z obozem, w którym, zdaje mi się, przeżyło się tysiąc lat.

Szumiały sosny, lekko kołysząc swe ogromne czapy wierzchołków. Niebieszczyły się skrawki przestworzy pomiędzy konarami drzew. Świeciły brylanty rosy na listkach krzewów i traw. Słońce miejscami wnikało złotymi promieniami, rozświetlając życie tysięcy małych istnień - świat żuczków, meszek, motyli. Świat ptaków, jak przed tysiącem lat, nadal tak samo w określonych ramach zwijał się, zbiegał, tętnił własnym życiem. A jednak pomimo tylu odgłosów, panowała tu cisza, cisza ogromna, cisza izolowana od wrzasku ludzkiego, od wszelkich podłostek bliźnich, cisza, w której nie było człowieka. Myśmy się nie liczyli. Dopiero wracaliśmy na ziemię. Do grona ludzi mieliśmy dopiero być zaliczeni. Jakże bardzo byliśmy radzi, że jeszcze ich nie widzimy. Zdecydowaliśmy być od nich jak najdalej, jak długo to będzie możliwe.

Bardzo długo bez ludzi trwać jednak byłoby trudno. Jedzenia wcale nie mieliśmy. Na razie jeszcze wielkiego głodu nie odczuwaliśmy; jedliśmy sałatę zajęczą, piliśmy wodę ze strumyka.

Byliśmy zachwyceni wszystkim. Cały świat był dla nas kochany. Tylko nie ludzie. Miałem pudełko miodu przysłane z domu i łyżeczkę. Kolejno częstowałem przyjaciół i siebie, każdemu jedną łyżeczkę.

Leżąc, omawialiśmy wypadki tej nocy. Jasio miał łysinę, więc nakrycia głowy nie potrzebował. My z Edkiem mieliśmy ostrzyżone głowy. Żeby ukryć brak włosów przed ludźmi, wzięliśmy z piekarni, z rzeczy piekarzy, dwie czapki cywilne, lecz Edek zgubił swoją podczas biegu przez krzaki w nocy. Teraz zawiązał chusteczkę na głowie. Dlatego nazwaliśmy go: Ewunia. Jasio dla odmiany nazwał się: Adamem, i patrząc na jakąś zieloną gałąź za nazwisko obrał: Gałązka. Pięknie pasowało do jego 90 kilogramów wagi.

Po wypraniu przez Jasia czerwonych pasów na garniturze w strumyku i po wysuszeniu przeze mnie zamoczonych w bucie czterech banknotów, pomaszerowaliśmy dalej na wschód, idąc lasami, niewielkie tereny otwarte przeskakując, większe obchodząc brzegiem lasu. Zasadą było - jak najdalej od ludzi.

Przed samym wieczorem mieliśmy niewielkie zajście z gajowym, który zobaczył nas z pewnej odległości, gdy zjadaliśmy resztę miodu i chcąc nas zatrzymać, zabiegł nam drogę. Wtedy wlazłem w młodniak, który nam wyrósł tu w porę i był tak gęsty, że można się było poruszać tylko pełzając. W młodniaku poleciłem zmienić kierunek i wybrnęliśmy z niego przy szosie. Przeskoczyliśmy szosę i znowu zaszyliśmy się w młodniak. Gajowy stracił ślad; myśmy się trzymali szosy, bo prowadziła zgodnie z napisami na słupach do miejscowości X. [Babice], która leżała na naszej trasie. Do miejscowości tej zbliżyliśmy się już po zachodzie słońca. Na górze przed mieściną wznosiły się ruiny zamku. Okoliliśmy teren otwarty przed miasteczkiem z lewej strony, przebrnęliśmy szosę pomiędzy domkami i udaliśmy się na zalesione wzgórze wprost do ruin zamku [zamek Lipowiec]. Tu, na zboczu wzgórza, zakopani w zeszłoroczne liście legliśmy zmęczeni okropnie, by zasnąć... Tak minął wtorek, 27 kwietnia.

Edek zasnął natychmiast. My z Jaśkiem mieliśmy po zimnej kąpieli zapalenie stawów, a ja jeszcze na dodatek zapalenie nerwu kulszowego. Ostatnią godzinę marszu przemogłem tylko siłą woli. Prócz bólu w prawym biodrze miałem ból w stawach kolan, szczególnie dotkliwy przy schodzeniu z pochyłości; stąpałem zaciskając zęby. Teraz leżąc, odczuwałem mniejszy ból, lecz ciągle jednak mi dokuczał. Jasiek, leżąc, bólu nie czuł i zasnął również. Ja usnąć nie mogłem. Korzystając z tego, zacząłem rozważać, co robić dalej.

O osiem kilometrów stąd była granica pomiędzy Śląskiem przyłączonym do Trzeciej Rzeszy, a Generalnym Gubernatorstwem, przez którą mieliśmy się przedostać. Układałem plany przez długie godziny, już na wpół drzemiąc, jak dobrnąć, jak przejść granicę i gdzie się udamy potem. Raptem oświeciła mnie zbawcza jakaś myśl - aż usiadłem na liściach i syknąłem z bólu. Przypomniał mi się rok 1942. Praca w łyżkarni, gdzie na stanowisku pisarza był kolega 19 [Tadeusz Słowiaczek], z którym rozmawialiśmy często bardzo szczerze. Mówił mi on o tym, do kogo pisuje listy, że stryj jego jest księdzem tuż przy samej granicy, że parafia księdza leży po obu stronach i że proboszcz jeździ za granicę i może jechać z furmanem, którego mu wolno ewentualnie za granicą zostawić... Do miejscowości, gdzie krewny mego przyjaciela był proboszczem, było 7 lub 8 kilometrów.

Edek przez sen zaczął coś mówić, początkowo niewyraźnie, lecz potem pytał jakiegoś Bronka czy przyniósł dla niego chleb (był głodny, więc w nocy marzył o jedzeniu). Nagle zerwał się z posłania i zapytał głośno, aż się Jasiek zbudził: "No co? Przyniósł chleb?"

- Kto miał przynieść chleb?

- No, Bronek...

- Uspokój się, kochany. Widzisz, jest las, zamek i my, śpiący w liściach. Śniło ci się.

Edek się położył. Lecz teraz ja się podniosłem. Była godzina czwarta. Postanowiłem rano dotrzeć do księdza. Mieliśmy niewiele kilometrów, lecz bolące stawy. Ja, z bólem w kolanach, ledwo ruszałem nogami. Jasiek, ociągając się, wstał, lecz się zatoczył i zaczął się zsuwać po pochyłości wzgórza. Z bólu w stawach o mało nie zemdlał. A jednak opanowaliśmy się. Pierwsze kroki były ciężkie i bolesne, szczególnie schodzenia z pochyłości. Ten odcinek, nieco krążąc, szliśmy dość długo. Początkowo bardzo wolno, potem troszkę prędzej.

Jasiek, żeby zasięgnąć języka, jako najprzyzwoiciej ubrany i nie potrzebujący ukrywać braku włosów na łysej głowie, podszedł do udającego się do roboty wieśniaka i gawędził z nim idąc.

Zbliżyliśmy się do miejscowości II. Na zalesionym wzgórzu widoczny był kościółek.

Jasiek odszedł od wieśniaka, połączył się z nami i powiadomił nas, że miejscowość, o którą nam chodziło to właśnie teren wokół wzgórza z kościołem. Lawirując między polami doszliśmy do drogi, przy której stał urząd celny. Sama granica była dalej na wzgórzu. Była godzina 7.00. W urzędzie było już paru ludzi, którzy nam się przyglądali badawczo z pewnej odległości. My jednak przeszliśmy drogę w poprzek, potem strumyk jakiś, idąc mostkiem i szliśmy dalej na oczach ludzi, starając się iść raźno i wesoło. Doszliśmy wreszcie do zalesionego wzgórza i po wejściu na jego zbocze, upadliśmy na ziemię okropnie zmęczeni. I jakby na nas czekając, odezwał się dzwon z wieży kościoła, który stał tuż, na szczycie pagórka.

- Trudno Jasiu, bracie kochany, musisz iść do kościoła. Ty wyglądasz po ludzku i w kościele możesz być tylko ty jeden z naszej trójki, bo możesz być bez czapki. Wysłałem Jaśka do księdza, któremu miał powiedzieć o tym, że byliśmy razem, tam w piekle, z księdza bratem, Franciszkiem [Słowiczkiem] i jego dwoma synami: Tadkiem i Lolkiem.

Jasio poszedł i długo nie wracał. Wreszcie przyszedł z miną niewyraźną i powiedział nam, że doczekał się księdza w kościele, bo miał odprawić mszę i że z nim rozmawiał, lecz ksiądz nie chciał wierzyć, że z Oświęcimia udało nam się uciec i wprost oświadczył, że lęka się, by to nie była jakaś pułapka. Ja myślę, że gdy ujrzał Jaśka uśmiechniętą od ucha do ucha gębę, to trudno mu było, słysząc o Oświęcimiu, od razu uwierzyć, że Jasiek tam siedział przeszło dwa i pół roku. I że udało mu się stamtąd uciec.

Wysłałem Jasia znowu, gdyż msza mogła się kończyć i pouczyłem dokładnie, który z krewnych na jakim bloku mieszkał, gdzie pojechali bratankowie, na jakim bloku ich ojciec zastał, a nawet, co pisali w listach na ostatnie święta Bożego Narodzenia... Jasio poszedł. Msza się skończyła. Jasio wszystko księdzu powiedział, dodając, że w krzakach leży dwóch jego kolegów, którzy nie mogą wyjść ze względu na włosy i dziwne ubranie. Ksiądz [ks. Jan Legowicz] uwierzył i przyszedł razem z Jasiem do nas. Tu nad nami załamał ręce. Uwierzył ostatecznie we wszystko. Zaczął do nas co pół godziny przychodzić w zarośla, przynosząc nam mleko, kawę, bułki, chleb, cukier, masło i inne specjały. Okazało się, że to wcale nie był ten ksiądz [ks. Karol Słowiaczek, proboszcz w Porębie-Żegocie], o którym myśmy myśleli - tamten również tu był, lecz o dwa kilometry dalej. Ten proboszcz znał tamtego i całą historię jego rodziny, co w Oświęcimiu siedziała. Nie mógł nas pod dach swój wprowadzić, gdyż zbyt wielu ludzi kręciło się stale na jego dziedzińcu. Nam i tu było bardzo dobrze wśród młodych świerków i krzewów. Ksiądz dał nam jakieś lekarstwo do natarcia stawów. Napisaliśmy tu pierwsze listy do rodzin, które wysłane zostały przez księdza.

Wieczorem, gdy się zupełnie ściemniło, ksiądz dał nam dobrego przewodnika [Kazimierz Buczek z Alwerni]. A jednak są dobrzy ludzie na świecie - powiedzieliśmy wtedy sobie. Tak się kończyła środa, 28 kwietnia.

Pożegnaliśmy księdza. Stawy kolanowe już mniej bolały. Poszliśmy wieczorem o godzinie 10.00 za przewodnikiem by przejść granicę. Przewodnik długo prowadził, kluczył, potem wskazał miejsce i powiedział: "Tu jest najlepiej!" Sam się cofnął.

Możliwe, że było tu najbezpieczniej, teren był zawalony ściętymi drzewami, drutami i przekopany rowami, że straż graniczna przypuszczała, iż tędy nikt nie pójdzie i pilnowała innych odcinków.

Pas szerokości może 150 metrów przebrnęliśmy dopiero po godzinie. Dalej już szliśmy szybko, terenem różnym, przeważnie już teraz trzymając się drogi. Była noc ciemna. Nie groziło nam rozpoznanie z odległości. Mogliśmy tylko natknąć się na patrol, lecz czujność i jakiś zwierzęcy instynkt prowadził nas na razie szczęśliwie. Czasami, gdy droga przybierała kierunek dla nas nieodpowiedni, skręcaliśmy, idąc na przełaj, orientując się według gwiazd, brnąc przez lasy, wpadając w jary, drapiąc się na zbocza. Przez noc przeszliśmy, zostawiając za sobą, jak nam się wydawało, wielki kawał terenu.

Pierwszy brzask zastał nas w jakiejś wielkiej wsi, która się ciągnęła kilometrami. Szosa we wsi skręcała w lewo. Nam wypadał kierunek w prawo, na skos. Ponieważ zobaczyliśmy z lewej, daleko, grupkę pierwszych w tym dniu ludzi, więc skręciliśmy w prawo i poszliśmy dalej polami, a później łąkami.

Słońce wzeszło. Był czwartek. Teren był całkowicie otwarty. Posuwać się w dzień było ryzykownie. Znaleźliśmy wielki krzak i w nim przesiedzieliśmy cały dzień, nie mogąc zasnąć z tego powodu, że był na podmokłym gruncie, a siedząc na kamieniu lub gałęziach krzaka trudno było usnąć. Wieczorem, gdy słońce zaszło, lecz było jeszcze widno, Jasiek wyszedł na rozpoznanie w kierunku naszego marszu. Zjawił się wkrótce, przynosząc wiadomość, że w pobliżu jest Wisła z prawej strony i że chcąc utrzymać dotychczasowy kierunek, należy ją tu przepłynąć. Są łodzie i jest przewoźnik, który może nas przewieźć na drugi brzeg.

Zdecydowaliśmy przepłynąć łodzią przewoźnika. Podeszliśmy do rzeki. Przewoźnik zmierzył nas wzrokiem. Wsiedliśmy do łódki. Łódź odbiła od brzegu. Wylądowaliśmy szczęśliwie po drugiej stronie. Po zapłaceniu markami przewoźnik jeszcze dziwniej na nas spojrzał.

Przed nami były III [wieże tynieckiego klasztoru] i samo miasteczko IV [Tyniec]. Szliśmy główną drogą przez mieścinę. Ludzie po pracy wracali do domu. Spóźnione krowy spieszyły do zagród. Stojący przy swoich domach gospodarze, przyglądali się nam ciekawie. Chciało nam się bardzo jeść i napić się czegoś gorącego. Noce były zimne. Ja ostatnio spałem z niedzieli na poniedziałek w szpitalu w Oświęcimiu, lecz wejść do domów, do ludzi nie zdecydowaliśmy się jeszcze. Przy końcu miasteczka, z lewej strony przy bramie swego domu stał jakiś starszy człowiek i patrzył na nas. Cała sylwetka była tak sympatyczna, że powiedziałem do Edka, żeby zapytał o mleko. Edek podszedł i spytał, czy nie można kupić mleka. Gospodarz zaczął nam kiwać ręką i zapraszać do domu, mówiąc: "Chodźcie, chodźcie, dam wam mleka". Było w jego słowach coś takiego, co niepokoiło, wyglądał jednak tak uczciwie, że zdecydowaliśmy się wejść do jego domu.

Gdy przedstawił nam już swoją rodzinę, żonę i dzieci, wtedy stanął przed nami i powiedział: "Ja was o nic pytać nie będę, ale wy tak nie chodźcie." Potem wyjaśnił, że sam wiele w tamtej wojnie przeszedł, że nic nie chce wiedzieć. Nakarmił nas kluskami, jajami, chlebem i gorącym mlekiem, następnie zaproponował nocleg w stodole, gdzie zamknąłby nas na klucz.

- Wiem - powiedział - że mnie nie znacie i możecie się obawiać, toteż nie nalegam, lecz jeśli mi wierzycie, zostańcie i bądźcie spokojni.

Miał taką twarz, oczy i całą powierzchowność uczciwą, że zostaliśmy. W nocy, zamknięci w stodole, znowu pod kluczem, a jednak spaliśmy spokojnie, na prawdziwej poduszce od lat nie widzianej. Tak skończył się czwartek, 29 kwietnia.

Rano otworzył nam sam gospodarz, bez żandarmów. Nakarmił, napoił. Nagadaliśmy się serdecznie. Zmieniliśmy pieniądze. Był to szczery, uczciwy Polak, patriota. Więc są ludzie na świecie. Nazywał się 175 [Piotr Mazurkiewicz]. Cała jego rodzina serdecznie nas przyjmowała. Powiedzieliśmy, skąd idziemy. Napisaliśmy znowu listy do rodzin. Ma się rozumieć, nie na adresy znane władzom z Oświęcimia.

Po śniadaniu poszliśmy dalej - polami, lasami, zostawiając V [NN] i VI [NN] z lewej strony. Dalej szliśmy na VII [Wieliczka]. Z piątku na sobotę nocowaliśmy w jakiejś pojedynczo stojącej w polu chałupie, gdzie mieszkała para młodych małżonków z dziećmi. Przyszliśmy późno, wyszliśmy zanim wstali rano. Zapłaciliśmy, podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Ominęliśmy VII [Wieliczka] i szliśmy na lasy VIII [Puszcza Niepołomicka].

Była sobota, 1 maja, gdy weszliśmy w lasy pachnące żywicą. Pogoda była piękna, słońce kładło przez konary złote plamy na usianej igłami ziemi. Wspinały się wiewiórki, przebiegały sarny. Prowadziliśmy na zmianę ja z Jaśkiem, Edek stanowił ariergardę. Dzień mijał na razie bez wypadku. Chciało nam się jeść.

Po południu od 14.00 prowadził Jasio. Weszliśmy na szeroką drogę, która szła dla nas w odpowiednim kierunku. Około 16.00 podeszliśmy do jakiegoś szerszego ruczaju, przez który był most. Za mostem stały budynki; z lewej strony drogi leśniczówka i parę szop, z prawej - inne zabudowania. Jasio szedł odważnie wprost na most i na leśniczówkę. Zbyt długo nam się wszystko udawało, więc przestaliśmy być ostrożni. Wprowadziło nas w błąd to, że nie było widać żadnej krzątaniny, a zielono pomalowane okiennice leśniczówki były wszystkie zamknięte.

Przechodząc koło leśniczówki spojrzeliśmy na dziedziniec, który był za nią i rozciągał się do szop. Na dziedzińcu maszerował w kierunku drogi i naszym, żołnierz niemiecki (możliwe że żandarm) z karabinkiem w ręku. Na pozór, zewnętrznie nie reagowaliśmy wcale, żeby możliwie długo maszerować dalej, a byliśmy już za leśniczówką jakieś 10 kroków. Cała nasza reakcja w takiej chwili działa się wewnątrz. Inaczej zareagował żandarm: "Halt!", lecz my maszerujemy dalej niby nic nie słysząc. - Halt! - rozlega się ponownie za nami i jednocześnie słychać szczęk repetowanego karabinu. Zatrzymujemy się spokojnie wszyscy z uśmiechniętymi minami. Żołnierz jest za ogrodzeniem dziedzińca, jakieś 30-35 metrów od nas. Z szopy odległej o 50 metrów wychodzi szybko drugi żołnierz. Więc my mówimy: "Ja, ja, alles gut" - i spokojnie zawracamy w ich kierunku.

Widząc nasz spokój, pierwszy żołnierz, który miał broń gotową do strzału, opuszcza karabinek. Wówczas, widząc to, mówię spokojnie: "Chłopcy, wiać!". I rzucamy się wszyscy w różne strony do ucieczki. Jasiek pod kątem prostym do kierunku marszu w prawo, Edek wzdłuż drogi w kierunku marszu, rowem, a ja pomiędzy nimi w prawo na skos. Jak biegliśmy, to znowu opisać trudno. Każdy biegł jak umiał. Skakałem przez pnie, ogrodzenie szkółki, krzaki. Strzelano w nas bardzo wiele razy, gwizdało koło uszu często. W pewnej chwili czułem gdzieś, chyba w podświadomości, że teraz któryś mierzy we mnie. Szarpnęło coś prawym ramieniem. Pomyślałem, że drań trafił, lecz nie czułem bólu. Biegłem dalej, szybko się oddalając. Zobaczyłem Edka, z lewej strony, daleko. Krzyczałem na niego. Zobaczył i zaczęliśmy się zbliżać, biegnąc we wspólnym kierunku. Byliśmy już dobrych 400 metrów od leśniczówki, a tamci wciąż strzelali. Ponieważ nas już widzieć nie mogli, sądziłem, że strzelają w Jaśka... może go zabili...

Tymczasem z Edkiem siedliśmy na wykrocie. Musiałem opatrzyć krwawiącą nieco ranę. Miałem przestrzelone prawe ramię, bez naruszenia kości. Poza tym muśnięte miałem ubranie. Spodnie i wiatrówka razem przestrzelone były w czterech miejscach. Edek proponował pozostać w wykrocie, lecz ja sądziłem, że będzie lepiej wydostać się szybko z tego rejonu, gdyż Niemcy mogą telefonicznie się porozumieć i zrobić większą obławę. Po zawiązaniu chusteczką rany, ruszyliśmy dalej z Edkiem na wschód. Myślałem, że z Jaśkiem mogło być niedobrze, gdyż strzelano długo w jego stronę.

W godzinę później przyszliśmy do jakiejś wioski, gdzie wprost powiedzieliśmy, że jesteśmy "chłopcy z lasu", że było nas trzech, a teraz jest dwóch. Słyszeli strzały, może przyjaciela zabito... Ci poczciwi ludzie dali nam mleka i chleba, no i przewodnika, który nas zaprowadził do promu. Promem przepłynęliśmy rzeczkę i znaleźliśmy się w jakiejś większej wsi. Tu znowu spotkaliśmy niemieckich żołnierzy, lecz oni szukali we wsi jedzenia, na nas wcale nie zwracając uwagi, sądząc przypuszczalnie, że jesteśmy tutejszymi mieszkańcami.

Wreszcie po opuszczeniu tej wioski ujrzeliśmy z dala miejscowość IX [Bochnia], najbliższy cel naszego marszu. Ponieważ jednak mieszkanie rodziny 164 [Edmund Zabawski] było po drugiej stronie miasteczka, a było już w pół do ósmej wieczór (godzina policyjna była tu od ósmej) przez miasteczko ze względu na nasz wygląd nie chciałem iść, więc na noc zostaliśmy z Edkiem na strychu u jednego gospodarza, do którego domu doszliśmy, okalając miasteczko od strony północnej i wschodniej.

Rano w niedzielę, 2 maja, wybraliśmy się w niedaleką już drogę do państwa 176 [Oborowie]. Zbliżyliśmy się do ich domu i na ganku ujrzeliśmy starszego pana i panią, teściów 164 [Edmund Zabawski], oraz młodą panią - jego żonę, i córeczkę Marysię. Gospodarze uśmiechnięci, powitali nas uprzejmie i o nic nie pytając, zapraszali do domu. W mieszkaniu przedstawiliśmy się jako koledzy 164 [Edmund Zabawski]. Gospodarze zapraszali nas do pomieszczeń, gdzie po otwarciu drzwi do jednego z pokoi zobaczyliśmy na łóżku śpiącego smacznie... Jasia. Po obudzeniu go rzuciliśmy się sobie w objęcia.

Jasio, ubrany przyzwoicie, już wczoraj wieczorem przeszedł miasteczko i zjawił się tutaj. Tym się tłumaczyło, że gospodarze - uprzedzeni przez Jasia, że przybędziemy - nic nam nie mówiąc, zapraszali nas z uśmiechem do domu.

Ubranie Jasia i tłumoczek, co niósł pod pachą, były przestrzelone w kilku miejscach; on sam nie był ranny. Moja rana była niegroźna. Udało nam się więc wszystkim.

U państwa 176 [Oborowie] i od pani 177 [Helena Zabawska] doznaliśmy tak wielkiej serdeczności i gościnności, jak tylko we własnej rodzinie i we własnym domu po długim niewidzeniu doznać by można było. Tu powinniśmy chyba po kilka razy dziennie powtarzać, że są jednak ludzie na tym świecie...

Opowiadania o przeżyciach w Oświęcimiu wspólnych z przyjacielem naszym, a drogim dla nich 164 [Edmund Zabawski] słuchane były z wielkim zainteresowaniem, z uczuciem serdecznym i życzliwością. Po zapoznaniu się i zdobyciu wzajemnego zaufania, wymieniając umówione hasła, prosiłem, by mnie skontaktowano z kimś z organizacji wojskowej. W parę godzin później rozmawiałem już z Leonem 178 [Leon Wandasiewicz], którego po wymianie haseł prosiłem o kontakt z miejscowym komendantem placówki. Kolega Leon przedstawił mi możliwości porozumienia się z dwoma panami. Jeden z nich był z rejonu północnego IX [Bochnia], a drugi z rejonu południowego, mieszkał stąd o 7 kilometrów w miejscowości X [Nowy Wiśnicz]. Powiedziałem, że jest mi wszystko jedno, więc Leon zaproponował, że pójdziemy może do komendanta w miejscowości X [Nowy Wiśnicz], gdyż to jest jego przyjaciel.

Gościłem u państwa 176 [Oborowie] przez niedzielę i poniedziałek. We wtorek (4 maja) rano, ubrany w przyzwoite ubranie kolegi Leona, szedłem obok niego do X [Nowy Wiśnicz]. Jasio i Edek pozostali nadal życzliwie u państwa 176 [Oborowie].

Dzień był piękny, słoneczny. Szliśmy, rozmawiając wesoło. Leon prowadził ze sobą rower, na którym miał wrócić do domu, gdyż przypuszczał, że komendant placówki zatrzyma mnie gościnnie u siebie. Idąc myślałem nad tym, że tyle sensacji i dramatów miałem w ciągu ostatnich lat i oto skończyły się wszystkie. A los tymczasem przygotował znowu wielką, sensacyjną tym razem niespodziankę...

Mniej więcej w połowie drogi, w jakimś lasku, usiedliśmy na pniach, by odpocząć. Spytałem Leona przez ciekawość, jak się nazywa komendant placówki, do którego idziemy, bo i tak przecie poznam go wkrótce. Leon wyrzekł dwa słowa - imię i nazwisko. Dwa słowa... Dla innych słowa zupełnie zwykłe, dla mnie były to słowa szokująco niezwykłe. Niezwykły był to i niesamowity przypadek, dziwny zbieg okoliczności... Komendant placówki nazywał się tak, jak ja się nazywałem w Oświęcimiu. Więc to pod jego nazwiskiem siedziałem tyle dni w piekle, a on o tym nic dotąd nie wiedział. I teraz właśnie do niego mnie wiodła droga, do właściciela tego nazwiska.

Los? Ślepy los? Jeśli naprawdę był to tylko los, to na pewno nie był ślepy.

Zatkało mnie, przestałem mówić, a Leon spytał: "Co pan tak zamilkł?" - Ech, nic, zmęczyłem się trochę...

Obliczałem właśnie, ile przesiedziałem w Oświęcimiu. Było ich, w tym piekle za drutami, 947. Prawie już tysiąc.

- Chodźmy prędzej - powiedziałem - Czeka pana i komendanta placówki pewna niezwykła niespodzianka.

- Jeśli tak, to chodźmy.

Zbliżaliśmy się do pięknej miejscowości X [Nowy Wiśnicz], położonej w dołach i na pagórkach, z pięknym zamkiem na wzgórzu. Idąc, myślałem: no tak, tu przecież w IX [Bochnia], fikcyjnie się urodziłem. Tu jeździł niegdyś 158 [Zygmunt Ważyński], by załatwić sprawę moją u księdza 160 [Kuc].

Na werandzie domku położonego wśród ogrodu siedział jakiś pan z małżonką i córeczkami. Podeszliśmy do nich. Kolega Leon szepnął mu, że może mówić otwarcie. Ja się przedstawiłem nazwiskiem, które nosiłem w Oświęcimiu. On odpowiedział: "Ja też jestem..."

- Ale ja jestem Tomasz - dodałem.

- Ja też jestem Tomasz - odrzekł zdziwiony.

Kolega Leon przysłuchiwał się tej rozmowie zdumiony. Pani obserwowała mnie również.

- Ale ja jestem urodzony - tu wymieniłem dzień, miesiąc i rok, który tyle razy w Oświęcimiu należało powtarzać przez lata przy każdej zmianie bloku lub komanda, przy spisach robionych przez kapów.

Pan omalże się zerwał z miejsca:

- Jak to, panie?! To są moje dane!

- Tak, to są pana dane, lecz ja przeżyłem pod nimi znacznie więcej od pana - i opowiedziałem mu, że siedziałem w Oświęcimiu przez dwa lata i siedem miesięcy, a teraz stamtąd uciekłem.

Różni ludzie różnie mogliby na to zareagować. Mój imiennik i właściciel nazwiska, które przez tyle dni, zdawało się być moim, rozwarł ramiona. Ucałowaliśmy się serdecznie i staliśmy się przyjaciółmi od razu.

- Lecz jakże to się stało? - pytał.

Spytałem, czy zna panią dr 83 [Helena Pawłowska] z Warszawy? Tak jest. Mieszkał tam? Tak. Robiono tam dla niego dowód, wyjechał wcześniej, zanim dowód był gotowy. Potem ja skorzystałem z tego dowodu jako jednego z kilku lipnych, które posiadałem w tym czasie.

U państwa 179 [Serafińscy] mieszkałem 3,5 miesiąca. Przesłaliśmy wiadomość przez przyjaciół do księdza 160 [Kuc], żeby w księdze metrykalnej gumką wymazał napisane niegdyś ołóweczkiem koło nazwiska mego imiennika dane tak wówczas potrzebne.

Tu montowałem oddział przy pomocy 84 [Tomasz Serafiński] i 180 [Andrzej Możdżeń], chcąc ewentualnie, jeśli z Warszawy przyjdzie akceptacja mego planu, uderzyć na Oświęcim po porozumieniu się z kolegami w obozie. Mieliśmy z kolegą 180 [Andrzej Możdżeń] trochę broni i mundurów niemieckich. Napisałem list do rodziny, do przyjaciela 25 [Stefan Bielecki], który niegdyś wysłany był z Oświęcimia dzięki ucieczce, z raportem, a obecnie był w Warszawie i pracował w jednym z działów Komendy Głównej. Napisałem do XI [Warszawa] list do 44 [Wincenty Gawron], który również był wysłany z Oświęcimia z raportem i także przez ucieczkę, chcąc nawiązać kontakt dla dalszej pracy.

1 czerwca z Warszawy przyleciał jak na skrzydłach mój przyjaciel 25 [Stefan Bielecki], przywożąc mi cenne wiadomości, że pani E.O. [Eleonora Ostrowska], do której pisałem listy z Oświęcimia, szczęśliwie mieszka nadal w tym mieszkaniu. Gestapo straszyło odpowiedzialnością tylko rodzinę. Nie mieli żadnej racji ani interesu wkraczać z interwencją do osoby w ich mniemaniu znajomej tylko. Do rodziny mojej śladu nie mieli i nie znali nazwiska.

25 przywiózł mi również dowód i pieniądze. Omówiłem z nim sprawę, tłumacząc, że do Warszawy nie pojadę na razie, póki mam nadzieję, że mi na Oświęcim z zewnątrz już teraz pozwolą uderzyć. Chyba że będzie wyraźny rozkaz - wtedy do Warszawy przyjadę. Przyjaciel, zmartwiony nieco, że samotnie wraca, pomimo że obiecał rodzinie przywieźć mnie ze sobą, odjechał do Warszawy.

5 czerwca zjawił się miejscowy gestapowiec i esesman z Oświęcimia najpierw u matki Tomka (mego imiennika) i pytali panią, gdzie jest jej syn. Odpowiedziała, że mieszka w pobliżu od wielu lat. Przyjechali do Tomka. Ja byłem wtedy bardzo blisko. Esesman musiał już być poinformowany przez miejscowego gestapowca, że 84 [Tomasz Serafiński] mieszka tu od dawna. Spojrzał tylko na jego twarz i na trzymany papier w ręku (pewnie porównywał z moją fotografią z wypchniętymi policzkami), spytał, czy owoce będą na jesieni i odjechał.

W pracy w X [Nowy Wiśnicz] poznałem pierwszorzędnych ludzi i wartościowych Polaków, prócz państwa 179 [Serafińscy] jeszcze p. 181 [Józef Roman].

Następnie przyjaciel 25 [Stefan Bielecki] przysłał z Warszawy paczkę z najnowszymi środkami walki z najeźdźcą i list, w którym pisał, że w Warszawie bardzo przychylnie się ustosunkowali nie do akcji na Oświęcim (a miałem taką nadzieję), lecz do odznaczenia mnie za pracę w Oświęcimiu. Przyjaciel wciąż też miał nadzieję, że sprawa zezwolenia na akcję pójdzie dobrze. Tymczasem w lipcu otrzymałem list z tragiczną informacją o aresztowaniu gen. Grota. Wobec sytuacji nieco gorączkowej w Warszawie, zrozumiałem, że teraz odpowiedzi w sprawie Oświęcimia nie mogę tu oczekiwać i zdecydowałem pojechać do Warszawy.

23 sierpnia byłem już w Warszawie. We wrześniu przyjechał do Warszawy Jasio, w grudniu - Edek.

[…]

W powstaniu braliśmy udział z Jaśkiem na jednym odcinku. Opis naszych poczynań i śmierć mego przyjaciela opisana jest w historii I Batalionu "Zgrupowania Chrobry II".

Edek dostał w akcji 5 kul, lecz szczęśliwie wyszedł z tego.

W akcji powstania był ciężko ranny przyjaciel 25 [Stefan Bielecki].

Spotkałem również w akcji powstania przyjaciela 44 [Wincenty Gawron].

Potem, gdzie indziej, spotkałem kolegów, którzy siedzieli prawie do końca w Oświęcimiu (styczeń 1945 r.): 183 [NN] i 184 [NN]. I było mi niezmiernie miło, gdy opowiadali o echach ucieczki przez piekarnię. O tym, że obóz śmiał się z wyprowadzenia w pole władz obozu i o tym, że żadnych represji w stosunku do kolegów nie było. Za wyjątkiem pilnujących nas esesmanów, którzy siedzieli jakiś czas w bunkrze.

[…]

Teraz chciałem jeszcze powiedzieć, co czułem w ogóle wśród ludzi, gdy się znowu pomiędzy nimi znalazłem, wracając z miejsca, o którym naprawdę można powiedzieć: "Kto wszedł, ten umarł. Kto wyszedł, ten się narodził na nowo". Jakie wrażenie odniosłem nie wśród tych najlepszych lub najgorszych, lecz w ogóle w całej masie ludzkiej po powrocie do życia na ziemi.

Czasami wydawało mi się, że chodząc po wielkim domu, otworzyłem nagle drzwi do jakiegoś pokoju, gdzie są same dzieci... "aaa!... dzieci się bawią..."

Tak, był przeskok zbyt wielki w tym, co dla nas było ważne, a co za ważne uważają ludzie, czym się kłopoczą, cieszą i martwią.

Lecz to jeszcze nie wszystko... Zbyt widocznym stało się teraz powszechne jakieś krętactwo. Biła wyraźnie w oczy jakaś praca niszcząca nad zatarciem granicy pomiędzy prawdą a fałszem. Prawda stała się tak rozciągliwa, że naciągano ją, przysłaniając wszystko, co ukryć było wygodniej. Skrzętnie zatarto granicę pomiędzy uczciwością a zwykłym krętactwem.

Nie to jest ważne, co napisałem dotychczas na tych kilkudziesięciu stronach, szczególnie dla tych, co będą je czytać li tylko jako sensację, lecz tutaj chciałbym pisać tak wielkimi literami, jakich nie ma, niestety, w maszynowym piśmie, żeby te wszystkie głowy, co pod pięknym przedziałkiem mają wewnątrz przysłowiową wodę i matkom chyba tylko mogą dziękować za dobrze sklepione czaszki, że owa woda im z głów nie wycieka - niech się trochę zastanowią głębiej nad własnym życiem, niech się rozejrzą po ludziach i zaczną walkę od siebie, ze zwykłym fałszem, zakłamaniem, interesem podtasowanym sprytnie pod idee, prawdę, a nawet wielką sprawę.

EDWARD CIESIELSKI

Wspomnienia oświęcimskie – fragmenty

Wspomnienia oświęcimskie Edwarda Ciesielskiego zostały wydane przez Wydawnictwo Literackie w 1968 roku.

UCIECZKA

Pewnego dnia, było to w marcu 1943 roku, przy­szedł do mnie Tomek (Tomek to Witold Pilecki, który przebywał w KL Auschwitz pod nazwiskiem Tomasza Serefińskiego – przyp. BW). Powiedział mi kiedyś, że organi­zacja nasza przeprowadziła już kilka ucieczek z obozu. Dopomogła także w ucieczce czwórki więźniów, którzy wydostali się na wolność samochodem komendanta obozu Hoessa. Kiedy nasi ludzie, więźniowie zatrudnieni w od­dziale politycznym, dowiedzieli się o mającej się odbyć egzekucji członków organizacji — porucznika Stefana Bieleckiego i porucznika Gawrona, obydwaj przy pomocy naszej siatki, działającej w wydziale zatrudnienia, przenie­sieni zostali do komanda "Harmęże" (ferma gospodarcza znajdująca się o parę kilo­metrów od obozu macierzystego, w której pracujący więźniowie mieszkali na miejscu),  skąd w przeddzień egzekucji zbiegli. Za ich pośrednictwem Tomek przesłał w głąb kraju meldunki o sytuacji w obozie.

Obecnie Tomek wtajemniczył minie w swoje plany. Powiedział, że on sam przygotowuje się do ucieczki z obo­zu. Zapytał, czy zechciałbym mu pomóc w jej zorganizo­waniu. Wyraziłem natychmiast nie tylko zgodę, ale także chęć towarzyszenia mu w tej ucieczce.

Tomek uzasadnił ceł ucieczki: a więc przede wszy­stkim chodziło o wyniesienie na wolność materiałów doty­czących zbrodni popełnianych przez hitlerowców w obozie oświęcimskim, a także o wiarygodne poinformowanie o wszystkim opinii publicznej świata. Dalszym naszym zadaniem miała być próba opracowania planu rozbicia obozu przez partyzantów i uwolnienia więźniów przy współudziale podziemnej organizacji obozowej. — Pamię­taj, Edek — tłumaczył Tomek — że nie chodzi o ratowa­nie własnej skóry z tego piekła, ale o cele ogólne.

Oświadczyłem, że jestem zdecydowany i że uczynię wszystko, aby cel ten osiągnąć. Czekam więc na rozkazy.

I tak zaczęliśmy czynić przygotowania do ucieczki. W kilka dni po tej rozmowie otrzymałem od Tomka buty. Następnie przyniosłem dla niego i dla siebie cywilne marynairki — wiatrówki, czarne damskie spodnie i cywilne koszule. Garderobę tę otrzymałem od członka naszej orga­nizacji, kapo Beklaidungskammer (magazynu odzieżowe­go), Bernarda Swierczyny. Schowałem ją w swojej szafce, w której przechowywana była czysta bielizna, przezna­czona dla więźniów bloku 20. W tydzień potem Tomek przyniósł kieszonkowy zegarek. Ukryłem go także między bielizną. Wreszcie po paru dniach Tomek „zorganizował" dolary w banknotach, ja zaś przygotowałem podręczną ma­łą apteczkę, zawierającą bandaże, jodynę, plastry i inne materiały opatrunkowe.

Marian Toliński, pracujący w aptece szpitalnej w blo­ku 28, przyrzekł mi, że dostarczy trzy dawki cyjanku po­tasu. Dlatego trzy, ponieważ Tomek zapowiedział, że z obozu uciekamy we trójkę. Trzeciego towarzysza naszej ucieczki dotychczas nie znałem.

[...]

20 kwietnia 1943 r. przeprowadziłem z Tomkiem dłuższą rozmowę na temat projektu naszej ucieczki. Był to ostatni tydzień przed świętami Wielkanocy. Ze wzglę­du na to, że Wielki Piątek jest u Niemców dniem wyjąt­kowo uroczystym, postanowiliśmy uciekać w tym właśnie dniu, licząc na zmniejszoną czujność esesmanów. Spora część załogi w okresie świąt była zresztą na urlopie. Ca­łość naszego przedsięwzięcia miała zależeć od tego, kiedy wyjedzie na urlop Arbeitsdienstfuhrer Hessler.

Ucieczka miała się odbyć przez obozową piekarnię. Pracował tam już trzeci nasz towarzysz, Jaś. Był oficerem rezerwy, a z zawodu nauczycielem (Jan Redzej, nr 5430, który pod nazwiskiem Jana Retke pra­cował w magazynie żywnościowym). Od kilku tygodni dokonywał gruntownego rozpoznania piekarni.

Jaś miał wyjątkową zdolność zjednywania sobie oto­czenia. Zawsze pełen humoru i dowcipu, wyróżniał się tym spośród innych. Już po tygodniu pracy w piekarni zdołał tam zostać przodownikiem zmiany. Według roz­poznania istniała możliwość ucieczki przez piekarnię. Na­leżało dorobić klucz do śruby, do której była przymoco­wana sztaba, przytrzymująca drzwi wejściowe do piekar­ni. W tym celu Jaś sporządził odcisk mutry w chlebie, przyniósł do obozu i przekazał Tomkowi. Na podstawie tego odcisku pewien kolega-ślusarz dorobił klucz.

Tomek w tym czasie pracował w paczkami i przebywał w bloku nr 3, Jaś w bloku nr 15, gdzie mieszkali wszyscy więźniowie zatrudnieni w piekarni. Po dorobieniu klucza Jaś zabrał go do piekarni. Sprawdził, czy nadaje się do odkręcenia mutry, a potem schował go w piekarni, w magazynie węgla.

Jak już wspomniałem, mieliśmy zamiar dokonania ucieczki w Wielki Piątek. Z uwagi na to, że SS-Hauptscharfuhrer Hessler pozostawał w okresie świątecznym w obozie i pełnił funkcję Arbeitsdienstfuhrera, byliśmy zmuszeni przesunąć termin. Nasza ucieczka była uzależ­niona od Hesslera o tyle, że piekarnia znajdowała się po­za najbliższym otoczeniem obozu. Było to tak zwane Aussenkommando (zewnętrzny oddział pracy), a skiero­wania więźniów do pracy w Aussenkommando wydawane i podpisywane były przez Hesslera. Nie otrzymalibyśmy nigdy takich skierowań. Na ich wydanie musiała być wy­rażona zgoda oddziału politycznego, który tylko nielicznym Polakom zezwalał na pracę poza obozem w godzinach, kiedy ściągnięty był wielki łańcuch straży.

Postanowiliśmy odłożyć ucieczkę do drugiego dnia świąt Wielkanocy. W Wielką Sobotę zaczęliśmy działać. Aby dostać się do piekarni, należało przede wszystkim znaleźć się w bloku nr 15. Tomek, jako pracownik pacz­kami, chcąc dostać się do jakiegoś innego oddziału pracy, musiał przede wszystkim mieć na to zgodę swego SS-Kommandofuhrera. Ubieganie się o to byłoby wprost szaleń­stwem, ponieważ rzuciłoby podejrzenie ma Tomka. Dla­tego postanowiliśmy spróbować innej drogi.

W Wielką Sobotę, 24 kwietnia, po apelu wieczornym udałem się z Tomkiem do ambulatorium w bloku nr 28. Chodziło o przyjęcie Tomka do szpitala. Omówiłem je wcześniej z Marianem Tolińskim. Tomka Serafińskiego na­leżało umieścić w bloku 20. Toliński za pośrednictwem dr Dima spowodował przyjęcie Tomka do szpitala, a ponieważ chodziło nam o umieszczenie go w bloku 20, dr Dim zakwalifikował go jako podejrzanego o tyfus pla­misty.

Umieściłem Tomka w sztubie Janusza Młynarskiego. Teraz trzeba było przygotować szybkie wypisanie Tomka ze szpitala w odpowiednim momencie. Zwolnienie to uza­leżnione było od zgody lekarza-więźnia, dr Władysława Fejkla. Dr Fejkiel przyrzekł mi, że kiedy tylko zechcę, Tomek Serafiński będzie ze szpitala zwolniony.

Nieco trudniej było załatwić moje zwolnienie. Byłem pracownikiem szpitala niejako etatowym. Figurowałem na liście sanitariuszy. Zgodę na to musiał wyrazić Lageraltester-Krankenbau, więzień polityczny Niemiec, przywiezio­ny przed pół rokiem z Dachau.

Aby dostać się ze szpitala do bloku 15 i otrzymać skierowanie do pracy w piekarni, należało mieć pisemne skierowanie Arbedtsdienstfiihrera Hesslera, zaopatrzone w jego podpis i pieczęć. Sporządziłem dwa takie fałszywe skierowania — dla siebie i Tomka. Od pracownika kance­larii, którego nazwiska niestety nie znam, otrzymałem dwa oryginalne blankiety skierowań do pracy z .nazwiskiem Hesslera i jego pieczęcią. Były wystawione na inne na­zwiska i do innych oddziałów pracy. Wywabiłem to, co było wypisane na blankietach atramentem. Potem wypisa­łem w pustych miejscach nazwiska moje i Tomka.

Czekaliśmy teraz do drugiego dnia świąt wielkanoc­nych. Rano w Wielki Poniedziałek zameldowałem się u blo­kowego Paula i okazałem mu skierowanie do pracy w pie­karni. Paul mocno się zdziwił. Poprowadził mnie do Lageraltestera, protestując, że jego sanitariusz został ni stąd, ni zowąd skierowany do piekarni. Lageraltester zapytał mnie, czy nie jestem z zawodu piekarzem i czy nie jest to odnotowane w kartotece. Udając zdziwienie — zaprze­czyłem. Nigdy z piekarnictwem nie miałem nic wspólne­go — tłumaczyłem — i to skierowanie jest zapewne jakąś pomyłką, ale nie mogę przecież sprzeciwić się zarządze­niom SS-Hauptscharfuhrera Hesslera. Dlatego muszę iść dzisiaj do pracy w piekarni, proszę jednak, aby Lageraltester i blokowy w dniu jutrzejszym reklamowali mnie i wyjaśnili pomyłkę. Obaj zgodzili się na to. Spadł mi ciężki kamień z serca.

Z uwolnieniem Tomka nie było trudności. Dr Fejkiel zaopiniował, że jest on zdrowy, a diagnoza dotycząca jego objawów tyfusu była mylna.

Było już popołudnie. Wyjąłem z szafki przygotowane narciarki, wiatrówkę i spodnie i poszedłem do ciemni rentgena w bloku 28. Tu czekał na mnie Witold Kosztow­ny z Warszawy, pracujący jako laborant. Wiedział o tym, że planuję ucieczkę, ale nie znał wszystkich szczegółów. Poprosiłem go, aby pilnował, by nikt nie wchodził do ciemni. Szybko przebrałem się w cywilne ubranie, na nie włożyłem więzienne pasiaki. W ten sposób przebrał się także Tomek. Potem z pracownikiem kancelarii szpitalnej poszliśmy do bloku 15. Kancelista zameldował nas blo­kowemu, oddając mu nasze karty personalne i skierowania do piekarni.

Blokowy dokładnie przejrzał papiery, a potem zapro­wadził nas do sztuby, w której mieszkali piekarze. Tu przekazał nas w ręce kapo piekarni. Był nim Niemiec z Czech, przebywający w Oświęcimiu zaledwie miesiąc. Kapo wyraził zdziwienie, że przydzielono mu dwójkę no­wych piekarzy. Tłumaczył blokowemu, że komando ma

przecież pełny stan piekarzy. Ale blokowy pokazał mu skierowanie, które ostatecznie przecięło dyskusję.

Piekarnia pracowała na dwie zmiany: dzienną i noc­ną. Powinniśmy koniecznie dostać się na zmianę nocną, i to od razu w tę pierwszą noc. Następnego dnia nasz pod­stęp mógł zostać ujawniony. A wtedy, jako podejrzani o chęć ucieczki, musielibyśmy pożegnać się z tym światem. Wśród piekarzy znajdował się w sztubie nasz przyjaciel Jaś. Oczywiście udawaliśmy, że się w ogóle nie znamy.

Kapo zapytał nas, w jakiej piekarni pracowaliśmy. Było to dla mnie bardzo kłopotliwe pytanie. Nie miałem zielonego pojęcia, jakie w ogóle istnieją piekarnie. Z tej kłopotliwej sytuacji wyratował nas Jaś. Powiedział spryt­nie, że nas zna, że pracowaliśmy w piekarni mechanicznej. Dodał przy tym, że wydział zatrudnienia więźniów praw­dopodobnie kompletuje już piekarzy do mającej powstać nowej piekarni mechanicznej. Kapo pokiwał głową, mach­nął ręką i odczepił się od nas.

Cała trudność polegała teraz na tym, aby koniecznie jeszcze dzisiaj pójść na nocną zmianę. O tym decydował wyłącznie kapo piekarni. Należało zachować szczególną ostrożność, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń.

Była już trzecia po południu. Zjedliśmy obiad, a po obiedzie odbył się tak zwany „wszawy apel". Do poszcze­gólnych bloków przychodzili koledzy ze szpitala — pielęg­niarze, lekarze i sanitariusze. Dokonywali przeglądu bie­lizny więźniów, szukając wszy. Staliśmy rozebrani do pasa. Trzymając w rękach koszule podchodziliśmy kolejno do kontrolera, który przeglądał każdy załomek koszuli. Sta­łem tuż za Tomkiem.

— Tomku, to już nasz na pewno ostatni wszawy apel — szepnąłem mu do ucha.

—    Nigdy nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz — odparł Tomek spokojnie.

Po apelu kapo piekarni zadecydował, że Tomek pój­dzie w dniu dzisiejszym na nocną zmianę. Ktoś z tej zmiany czuł się niezdrowy.

—     Ty — powiedział, wskazując na mnie — pój­dziesz jutro na zmianę dzienną.

Była to decyzja przekreślająca nasze plany. Zgodziliś­my się, aby nie wzbudzić najmniejszego cienia podejrze­nia. Postanowiliśmy wziąć kapo fortelem.

Jak już wspomniałem, w roku 1943 zezwolono do Oświęcimia dostarczać paczki żywnościowe, a poza tym istniała „Kanada", gdzie spryciarze organizowali różne artykuły żywnościowe. Mieliśmy kilku takich znajomych. Ponieważ był to drugi dzień świąt Wielkanocy, a więc dzień wolny od pracy, można było odszukać ich na tere­nie obozu. Czasu było mało. Zdobyłem jednak dwa pszen­ne chleby ze szpitala. Jaś i Tomek przynieśli sardynki i ka­wałek pieczonej kury. Ulokowaliśmy się w końcu naszej izby. Postaoowiliśmy urządzić kolację, na którą zaprosi­liśmy naszego kapo. Kapo był młodym więźniem obozu oświęcimskiego. Dla niego te wszystkie przysmaki były niedostępne. Kiedy je zobaczył, oniemiał z podziwu. Stał się nagie dla nas bardzo życzliwy. Częstowaliśmy, jadł, ile chciał, a to, co zostało na zaimprowizowanym stole, po­darowaliśmy mu. Chciał się jakoś zrewanżować. Powie­dział, że przydzieli nam lepsze łóżka, a ponieważ praca nocna bardzo wyczerpuje, załatwi dla całej trójki dzienną zmianę. Byliśmy przerażeni. Na szczęście wpadłem na pomysł.

—    Dzienna zmiana to nie dla nas — powiedzia­łem. — Powiniśmy się tak odżywiać codziennie. Niech kapo spojrzy na nasze numery. Jesteśmy starymi oświęcimiakami. Nie ma dla nas tajemnic. Wszystkie źródła zdo­bycia żarcia są dla nas dostępne. Mamy wszędzie kole­gów: w „Kanadzie", w magazynie żywnościowym, w kuchchni, w paczkami. Jedzenie takie możemy mieć codziennie. Ale zorganizować je jest możliwe tylko w ciągu dnia. Naj­lepiej więc będzie, jeśli będziemy pracować na nocną zmianę. W dzień możemy się zająć organizacją żywności.

— Ależ to nic trudnego — żachnął się — pójdziecie od dziś na nocną zmianę.

Kapo zapisał nasze numery, umieszczając je na liście zmiany nocnej i oddał ją blokowemu. Spadł nam kamień z serca. Zmiana nocna była pewna i teraz nikt nie mógł odkryć, że w tę właśnie noc mamy zamiar uciekać z obo­zu, tym więcej że kapo informował nas, że wymarsz zmia­ny nocnej do pracy następuje około godziny 18.

O naszych zamiarach wiedział Marian Toliński i Wi­told Kosztowny. Około godziny 17 po południu zjawili się razem w bloku 15. Poszedłem z Tolińskim do ubikacji. Tu dał rni trzy maleńkie celuloidowe kapsułki, zawiera­jące straszną truciznę — cyjanek potasu. Każda kapsułka przeznaczona była dla jednego z nas. Powrotu do obozu dla nas więcej nie było. Gdybyśmy wpadli, wystarczyłoby przegryźć kapsułkę, a śmierć nastąpiłaby natychmiast.

Podziękowałem Marianowi za ten cenny dar i nastą­pił moment serdecznego pożegnania. Obaj rozpłakaliśmy się. Wiedziałem, że mogę być za kilka godzin wolny, ale mimo wszystko nie mogłem się oprzeć wzruszeniu i smut­kowi, że pozostawiam w tym piekle serdecznego przyjacie­la. Podobny przebieg miało pożegnanie z Witkiem Kosz­townym.

Tomek Serafiński jeszcze po południu wytrzasnął skądś przybory do golenia. Powierzył je mojej opiece. Czekaliśmy na wymarsz komanda do pracy. Było to ogromnie denerwujące.

Jeszcze raz w myślach kontrolowaliśmy, czy nie za­pomnieliśmy o jakimś szczególe podczas przygotowań. A więc cywilne koszule, wiatrówki, spodnie, które były ukryte pod pasiakami. Jaś miał swoje ubranie cywilne w bardzo dobrym stanie. Z powodu braku pasiaków część więźniów otrzymywała ubrania cywilne, na których olejną czerwoną farbą wymalowane były pasy. Na spodniach przypominały szerokie lampasy. Na marynarkach miały kształt wielkiego krzyża. Jaś zaopatrzył się przezornie w wyjątkowo dobre ubranie. Usunął olejne pasy i w ich miejsce wymalował nowe oznakowanie farbą z kredy. Można je było w ciągu kilku minut wykruszyć i wyczyścić, tak że zupełnie znikało. Tomek posiadał przybory do go­lenia, zegarek kieszonkowy i kilkaset dolarów. Każdy z nas zaopatrzony był w bandaż, jodynę i plastry.

Około godziny 18 wbiegł do naszej sztuby goniec z bramy głównej i zawołał: — Kommando Backerei antreten! („Piekarnia" wystąp!) Teraz nasze nerwy były napięte do ostatnich granic. Staraliśmy się jednak zachować zu­pełny spokój.

Szybko podążyliśmy w kierunku bramy głównej. Ustawiliśmy się trójkami. Było nas ośmiu więźniów. Trzej pracowali w piekarni SS, wypiekającej chleb dla esesmanów. Piątka miała tej nocy pracować w piekarni, wypie­kającej chleb dla obozu. Znalazła się w niej nasza trójka. Czekaliśmy chwilę przy bramie. Podszedł do nas oficer SS z kartką w ręku. Odczytał z niej poszczególne numery więźniów,  sprawdzając przy tym nazwiska i daty urodze­nia.

Kiedy krzyknął w stronę wartownika, że wszystka zgadza się, ten otworzył bramę. Otoczyło nas sześciu uzbro­jonych esesmanów. Ruszyliśmy równym krokiem. Otwie­rający bramę podoficer SS zawołał ku naszej eskorcie: — Nie spuszczajcie z nich oka, żeby żaden z tych psów nie uciekł!

Po plecach przeszły mi ciarki. Czyżby coś o nas wie­dział? Ale to przecież niemożliwe? Nawet Tomek Serafiński zwrócił ku mnie głowę. W jego oczach ujrzałem cień niepokoju. Kiedy oddalaliśmy się od bramy, szep­nąłem mu, że gdyby podejrzewano nas o ucieczkę, nie wypuszczono by nas za bramę.

Dzień był wyjątkowo piękny. Słońce chyliło się ku zachodowi. Z dala na horyzoncie widać było groźne czar­ne chmury zwiastujące deszcz, który w naszej sytuacji bardzo był pożądany.

Spośród eskortujących nas esesmanów wyróżniał się szczególnie jeden, nieprzyjemny, ryży młodzik. Poganiał nas przekleństwami, wymyślał nam, że nie idziemy równym krokiem, ostrzegał histerycznie, że jeśli ktoś wystąpi o pół kroku z szeregu, będzie natychmiast strzelać.

Maszerowaliśmy środkiem szosy w kierunku mia­steczka Oświęcim. Po drodze mijali nas przechodnie. Byli to przeważnie esesmani, spacerujący z piskliwie chicho­czącymi dziewczętami.

Uszliśmy już około kilometra. Przy skrzyżowaniu dróg nastąpił podział grupy na dwie części. Trójka więźniów z trzema esesmanami skręciła w prawo do piekarni SS. Po­została piątka i trzej esesmani z eskorty skierowali się na drogę skręcającą w lewo. Obserwowałem dwóch nie zna­nych mi więźniów, idących obok nas. Mieli wysokie nu­mery, byli w obozie od niedawna. Czy można było na nich liczyć? Czy nie podniosą alarmu, kiedy odkryją, że ucie­kamy? Rozważaliśmy już przedtem ewentualność, czy nie należałoby im ułatwić wydostanie się z piekarni, z tym że po ucieczce pozostawilibyśmy ich własnemu losowi. Do­szliśmy jednak do wniosku, że lepiej tę myśl odrzucić. Zda­niem Jasia i Tomka winniśmy zachowywać w stosunku do nich jak najdalej idącą ostrożność.

Zbliżaliśmy się już do budynku, w którym mieściła się piekarnia. Przyglądałem się mu z zainteresowaniem. Był to dość duży budynek z czerwonej cegły, przypominający swym wyglądem wielki młyn. W pobliżu nie było żadnych zabudowań. Drogą spacerowało bardzo dużo lu­dzi. Byli przeważnie odświętnie ubrani. Odnosiłem wra­żenie, że większość tych ludzi to Niemcy. Polacy byli z tych terenów wysiedleni. Pozostała tylko nieliczna gru­pa, pracująca w przemyśle i na kolei.

Skręciliśmy w prawo. Obeszliśmy dookoła budynek piekarni. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami wejściowymi. Wokół budynku nie było żadnego ogrodzenia, przestrzeń zupełnie otwarta. Na dziedzińcu przed piekarnią stało kilka taczek oraz leżały ułożone w sągi polana drzewa. Niebo zaciągnęło się chmurami, zaczęły właśnie spadać pierwsze krople deszczu. Postenfuhrer (dowódca strażników) podszedł do drzwi. Wyjął ze skórzanej raportówki klucze, otworzył kłódkę, zdjął ze skobla, odrzucił na bok stztabę przytrzymującą żelazne drzwi, następnie otworzył je i wszedł do wnę­trza. My zaś w otoczeniu dwóch esesmanów czekaliśmy przed budynkiem piekarni.

Po chwili esesman wyszedł z piekarni, a za nim dzien­na zmiana, składająca się z pięciu więźniów i dwóch war­towników SS. Wtedy nasi wartownicy rozkazali nam wejść do piekarni. Podążyli za nami. Zamknęli drzwi na klucz. Z zewnątrz słychać było zgrzyt zakładanej żelaznej sztaby i szczęk zamykanej kłódki. Dokonał tego zapewne Postenfuhrer, ten sam, który nosił klucze w raportówce i który teraz miał odprowadzać dzienną zmianę do obozu.

Drzwi zamykające wejście do piekarni były z solidnej blachy żelaznej. Otwierały się na zewnątrz. Od wewnętrz­nej ich strony prawe skrzydło było zabezpieczone dwiema żelaznymi zasuwami. Z zewnątrz oba skrzydła zabezpiecza­ła żelazna sztaba zamykana na kłódkę. Lewy koniec szta­by tkwił na śrubie, na której od strony wewnętrznej na­kręcona była mutra. Była niewidoczna, zamalowana wap­nem.

Od wejścia biegł mały korytarzyk. Naprzeciwko drzwi znajdowała się ubikacja. Po lewej stronie korytarza było wejście do drewutni i magazynu węgla. Z drewutni przez podwójne drzwi wchodziło się do pomieszczenia, w którym wmontowany był olbrzymi kocioł do podgrzewania wody o objętości do 150 litrów. W pomieszczeniu tym stał sto­lik i trzy krzesła. Nad stolikiem w skrzynce za szybką, przez którą widać było czerwony guzik przycisku, znajdo­wało się urządzenie alarmowe. Nad szybką umieszczony był napis w języku niemieckim: Scheibe einschlagen, Knopf druckenl (Wybić szybę, nacisnąć guzik!) Przy sto­liku siedzieli zwykle pilnujący więźniów esesmani. Jeden z nich uzbrojony był w pistolet maszynowy typu „Bergmann" i broń krótką. Drugi zaś posiadał karabin typu „Mauser" i pistolet „Parabellum". Jeden z esesmanów zajął miejsce tuż przy dzwonku alarmowym, drugi obok paleniska przy kotle. Pomieszczenie to było oddzielone małym korytarzem od magazynu mąki i chleba oraz hali piekarniczej, w której stały piece do wypieku, elektryczne dzieże do rozrabiania ciasta i inny sprzęt piekarski.

W korytarzu, do którego wiodło kilka schodów, znaj­dował się telefon. Esesman siedzący przy palenisku mógł obserwować go. Magazyn mąki i chleba oraz hala piekar­nicza nie miały drzwi. Przechodziło się do nich przez pu­ste framugi.

W piekarni oprócz więźniów pracowali także jako majstrowie cywilni robotnicy. Było ich trzech. Rozmawia­li z nami po polsku. Nie wiedzieliśmy jednak, czy są Polakami. Mogli być także okolicznymi Vołksdeutschami. Byli to zawodowi piekarze, wynagradzani za pracę przez administrację obozu. Nasze komando służyło im tylko do pomocy przy wypieku chleba, wykonywało najczarniejszą robotę, wymagającą sporego wysiłku fizycznego.

Kiedy ich ujrzałem, uwijali się przy cieście odziani tylko w gimnastyczne spodenki i okryci długimi, białymi fartuchami. Ich ubrania wisiały w drewutni na hakach. Były na oko porządne — odświętne. Zwróciłem na to uwagę Tomkowi. Tomek w lot zrozumiał moje intencje, ale powiedział: — Nie będziemy zabierać im ubrań, naj­wyżej tylko czapki.

Na hakach zawieszone były dwie cyklistówki i kape­lusz. To było dla nas bardzo ważne. Mogły osłonić nasze golone głowy, które podczas ucieczki byłyby aż nadto wy­raźną wskazówką, skąd pochodzimy.

— Wzięcie cywilom ubrań — mówił Tomek — by­łoby po prostu kradzieżą. Nie wiemy, kim są ci ludzie. Może to rzeczywiście Polacy. Nie możemy wyrządzić im krzywdy, narazić ich na stratę materialną. Gdyby tak się stało, mogłoby nam się nie poszczęścić.

Argumenty Tomka przekonały mnie. Przestałem my­śleć o tej wyjątkowej wprost okazji przedzierzgnięcia się w ludzi cywilnych. Zająłem się dalszą penetracją piekar­ni. We wszystkich oknach wmontowane były kraty, a po­między kratami druciane siatki. Cała piekarnia była do­kładnie zabezpieczona.

Cywilni majstrowie wyrazili zdziwienie, dlaczego przy­prowadzono dwóch nowych.

—    Jesteście piekarzami? — pytali mnie i Tomka.

—    Nie — odrzekliśmy.

—    No to dlaczego was tutaj przyprowadzono?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił im Jaś. Wyjaśnił, że tamtych zabrano w transport, natomiast mnie i Tomka przydzielono w ich miejsce, aby skompletować komando. Jutro ma się nas wymienić. Zostaniemy zastąpieni fa­chowcami, a dzisiejszą zmianę musimy się jakoś przemordować. Łatwo można się było zorientować, że to przeko­nało cywilów, tym więcej że Jaś posiadał u nich pewien autorytet. Widać było, że go nawet lubili.

Majstrowie przydzielili nam pracę. Tomek miał wy­rabiać ciasto i sporządzać bochenki chleba, ważyć je i ukła­dać na desce. Ja, na razie, otrzymałem polecenie wygar­nięcia rozżarzonych węgli z pieca. Otrzymałem mokrą szmatę, umocowaną na długim kiju. Z pieca buchał okrop­ny żar. Pracowałem w koszuli, a pot ściekał mi po całym ciele. Rozżarzony węgiel spadł mi za koszulę. Nim go zdo­łałem wyjąć, zdążył mnie dotkliwie poparzyć, w koszuli natomiast wypaliła się dziura. Dość długo trwało, zanim uporałem się z piecem. Węgiel trzeba było wygarniać po każdej partii upieczonego chleba.

W piekarni znalazłem się po raz pierwszy w życiu. Do chwili tej nie zdawałem sobie sprawy, że jest to tak ciężka praca. Patrząc na Tomka (zauważyłem, że i on męczy się strasznie. Pot ściekał mu z twarzy i czoła, a w żaden sposób nie mógł oderwać się od ciasta. Cywile poganiali go, on zaś nie był w stanie przyśpieszyć pracy. Z tej sytuacji wyratował go Jaś. Zwrócił się do majstrów, by nie szykanowali Tomka, bo on jest księdzem z Wilna. Nie należy się dziwić, że nie może podołać pracy, która wymaga sporych umiejętności i wprawy. Stosunek piekarzy do Tomka natychmiast zmienił się nie do poznania. Zaczęli teraz pomagać mu i wyręczać go.

Miałem już dość pracy przy piecu. Chciałem oszczę­dzić sił na trudy, jakie mnie czekały za parę godzin. Pod­nosząc długą deskę ze znajdującymi się na miej surowymi bochenkami chleba, które miałem wsadzić do pieca, prze­wróciłem się na podłogę. Udawałem, że wiję się z bólu. Na pytania majstrów odpowiedziałem jęcząc, że trzasnęło mi coś w krzyżu i nie mogę się podnieść ani ruszyć z miej­sca. Musiałem dobrze odegrać tę scenę, ponieważ Jaś pod­biegł do mnie bardzo zdenerwowany i chciał mi pomagać. Szepnąłem do niego:

—     Nie martw się, nic mi się nie stało. Udaję, aby urwać się do lżejszej roboty.

Jeden z cywilów zameldował esesmanowi o moim ,,wypadku". Trafił akurat na owego ryżego. Ten podszedł do mnie. Zapytał:

—     Ile masz lat?

—     Siedemnaście — odpowiedziałem, choć miałem wówczas 21 lat.

—     Jak długo siedzisz?

—      Ponad dwa lata.

—     I jeszcze żyjesz? — ironizował esesman.

Pytanie zostawiłem bez odpowiedzi. Esesman kazał mi wziąć pusty worek po mące i położyć się na nim na chwilę w korytarzu.

— Jutro nie chcę cię tutaj widzieć. A teraz precz! — krzyczał.

Kulejąc, zgięty w pół z rzekomego bólu, powlokłem się korytarzem. Tu ułożyłem się wygodnie na worku. Moi to­warzysze pracowali nadał. Mogłem stąd doskonale obser­wować obu strażników. Siedzący przy stole obok dzwon­ka alarmowego pisał list do kogoś chyba bliskiego. Często przerywał pisanie, wyjmował z portfelu jakieś zdjęcie i wtedy na twarzy błądził mu lekki uśmiech. Drugi eses­man siedział obok paleniska koło kotła i bezmyślnie wpa­trywał się w żarzące się węgle.

Zgodnie z relacjami Jasia, esesmani co godzinę pod­chodzili do telefonu. Składali meldunek o sytuacji na ich posterunku. Co pewien czas pod piekarnię przyjeżdżał oficer inspekcyjny kontrolujący nocne posterunki. Za ok­nem słychać było wtedy jego nawoływanie. Strażnik pod­chodził wówczas do okna i głośno meldował się. Po ta­kiej kontroli podchodził do telefonu i rozmawiał z główną wartownią, niezależnie od meldunków składanych co go­dzinę. Łączność z główną wartownią utrzymywana była przez całą noc.

Esesmani podczas nocnej służby w piekarni — jak nas informował Jaś — przyrządzali sobie kolację. Goto­wanie kawy czy herbaty polecali jednemu z więźniów. Znając ten zwyczaj strażników, nosiliśmy się z zamiarem wsypania im do kawy środka nasennego. Dostarczył go nam Marian Tolińskd. Zawierał prawdopodobnie weronal i jakieś inne składniki usypiające, specjalnie przygotowane przez Mariana. Jedną torebkę tego środka posiadał Jaś, drugą ja.

Po zakończeniu pieczenia każdej partii chleba piece piekarnicze rozpalano na nowo. Więźniowie udawali się wówczas do drewutni i do magazynu z węglem po nową porcję opału. Musieli wtedy przechodzić przez pomieszcze­nie, w którym przebywali esesmani. Drzewo i węgiel nosi­li w skrzyniach z uchwytami, w jakich nosi się wapno i ce­głę na budowę. Powoli zapadała noc. Już czterokrotnie moi koledzy wyjmowali chleb i rozpalali piece.

Leżąc w korytarzu obserwowałem urządzenie alar­mowe. Kable łączące przycisk z główną wartownią prze­biegały pod ziemią. Kable telefoniczne normalnie biegły po ścianie. Obydwa kable były zamontowane w pobliżu siebie, właśnie w korytarzyku, tuż obok mnie. Wszystkie te urządzenia były już szczegółowo zbadane przez Jasia i w naszym planie działania mieliśmy dokładnie opracowane ich unieruchomienie.

Po dwu godzinach od chwili mojego nieszczęśliwe­go wypadku przyszedł do mnie ryży esesman. Zapytał, wrzeszcząc, jak się czuję. Odpowiedziałem, że znacznie le­piej. Strażnik ryknął:

—     Wstań! Przysiad! Wstań! Przysiad!

Udając ogromny ból, z trudem zrobiłem kilka przy­siadów.

—     Nie jest tak źle — orzekł esesman. — Marsz do pracy, to ci dobrze zrobi!

Kazał mi wziąć łopatę i z magazynu nosić węgiel, i wrzucać go na palenisko pod kotłem do gotowania wo­dy. Sytuacja zaczęła się układać niepomyślnie. Pracowa­łem pod okiem esesmanów, a tu zbliżała się już godzina 22,30. Czas zaczął uciekać coraz szybciej. Należało już niezwłocznie przystąpić do realizacji naszego planu.

[...]

Pilnujący nas esesmani siedzieli na swych miejscach. Jeden przy stole obok sygnału alarmowego, drugi obok pieca przysmażał na węglach kiełbasę.

Jaś i Tomek znajdowali się w drewutni. Była właś­nie krótka przerwa na przygotowanie węgla do rozpalania pieców. Wyszedłem do drewutni, aby pozorować, że ra­zem z Tomkiem i Jasiem przygotowujemy materiał do rozpalania palenisk. Ponieważ było nas trzech, mieliśmy pew­ność, że majstrowie nie wyślą już do drewutni dwóch po­zostałych więźniów. Nakładałem węgiel na taczki, a To­mek rąbał drzewo na drobne kawałki. W tym czasie Jaś wydobył klucz od skrytki w węglu i podszedł do drzwi wejściowych, aby odkręcić mutrę przytrzymującą sztabę.

Jaś mocował się z drzwiami. Ja i Tomek pracowaliś­my głośno i zawzięcie, aby do uszu esesmanów nie doszły przypadkiem stuki wywoływane odbijaniem sztaby.

W chwili gdy wszystko było już na najlepszej dro­dze, do pomieszczenia, w którym znajdowaliśmy się, wszedł magle ryży esesiman. Serce mi zamarło z przerażenia. Byłem przeświadczony, że Jaś zostanie schwytany na gorącym uczynku przy otwieraniu drzwi i że wszystko się wy­da. Przestaliśmy natychmiast pracować. Było to uprzed­nio umówionym znakiem dla Jasia, że grozi nam niebez­pieczeństwo.

Pomyślałem sobie, że esesman po prostu usłyszał stu­ki rozlegające się przy drzwiach wejściowych i przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Drewutnię wypełniła śmiertel­na cisza.

Esesman groźnie popatrzył na nas i zapytał:

— Wo ist der dritte? (Gdzie jest ten trzeci?)

Odpowiedziałem niezbyt pewnie, że nie wiem, o ja­kiego trzeciego mu chodzi. Esesman skierował kroki ku drzwiom, przy których majstrował Jaś. Byłem pewien, że nastąpi teraz katastrofa. Ale o dziwo, esesman dosłownie po paru sekundach wyszedł spokojnym krokiem z koryta­rzyka wiodącego od drzwi wejściowych, minął nas obo­jętnie i udał się na swe miejsce przy stoliku, gdzie dyżu­rował jego kolega.

Nie mogłem pojąć, co się stało. Ale właśnie wszedł do drewutni roześmiany Jaś.

—   Zrobione — powiedział z ulgą.

—    Jak to było, że nie zaskoczył cię ryży? — zapy­tałem.

—    Zwyczajnie — odpowiedział Jaś — zorientowa­łem się natychmiast w sytuacji. Kiedy usłyszałem, że ry­ży pyta o mnie, wskoczyłem do ubikacji znajdującej się naprzeciwko drzwi, ściągnąłem spodnie i usiadłem na se­desie. Esesman zastał mnie siedzącego w klozecie: Ach, tutaj jesteś — odezwał się. Następnie oświetlił drzwi latar­ką, przyjrzał się im dokładnie, i uspokojony, że wszystko jest w porządku, poszedł sobie. Ale jeśli chodzi o drzwi, to najwyraźniej oślepł. Tam przecież było widać dokładnie ślady mojej roboty — mówił Jaś podniecony.

—    Teraz przystępujemy do dalszej części — prze­rwał Tomek. — Ty, Edek, przetniesz telefoniczny kabel dzwonka alarmowego.

Dał mi dobrze wyostrzony scyzoryk. Udałem się na korytarzyk, gdzie znajdował się telefon. Umieszczony był na specjalnej półce. Pod ścianą obok półki stał worek z mąką, przygotowany wcześniej, aby łatwiej można było się dostać do miejsca, w którym miały być przecięte ka­ble. Było to ryzykowne przedsięwzięcie. Telefon i ta część korytarza były w polu widzenia esesmana siedzącego przy piecu. Wystarczyło, aby obejrzał się do tyłu. Widziałby wszystko jak na dłonii. Na szczęście zajęty był smażeniem kiełbasy w palenisku podgrzewającym wodę w kotle. Szyb­ko i bezszelestnie wszedłem na worek z mąką. Dwoma ruchami odgiąłem kabel dzwonka alarmowego. Trwało to parę sekund. Spokojnie zszedłem z worka, wziąłem łopatę z węglem, rzuciłem na nią kawałki kabla i wraz z wę­glem wsypałem do pieca. Chciałem zatrzeć ślady, ale po­stąpiłem, jak się za chwilę okazało, bardzo nieostrożnie. Kabel był izolowany gumą. Zapłonęła na rozżarzonych węglach, wydając swoisty zapach. Esesman natychmiast go poczuł. Zaczął wrzeszczeć na mnie, co za świństwo wrzucam do pieca, które tak potwornie śmierdzi. Odpo­wiedziałem, że mie wiem, co to jest. Prawdopodobnie coś było w węglu i stąd tak nieprzyjemna woń.

Esesman sklął mnie i kazał wrzucać do pieca czysty węgiel. Tak jeden nieprzemyślany szczegół: co zrobić z od­ciętym kawałkiem kabla — mógł nas wszystkich koszto­wać życie.

W chwilę po przecięciu kabla przywołał mnie majster i kazał nosić wodę do elektrycznych mieszadeł. Do każ­dego miałem przynieść po kilka wiader zimnej i gorącej wody. Odmówić wykonania rozkazu nie mogłem. Mogłoby to natychmiast wzbudzić podejrzenie. Zabrałem się więc do noszenia. Ponieważ napełnienie jednego wiadra pod kranem zajmuje sporo czasu, a powinienem napełnić ta­kich wiader kilkanaście, byłem zrozpaczony tą nieprzewi­dzianą przeszkodą. Do ucieczki było już wszystko przygo­towane. Należało jak najszybciej przystąpić do działania. Uniemożliwiał je majster idiotycznym rozkazem. Za ok­nem rozległ się głos oficera inspekcyjnego. Byłem prze­rażony. Wiedziałem przecież, że po tej kontroli pilnujący nas esesmani składają meldunek telefoniczny do głównej wartowni. A telefon jest już nieczynny, kabel przecięty. Pociemniało mi w oczach, poczułem zawrót głowy. Za chwi­lę wszystko się wyda, gdy esesman podejdzie do telefonu. Myślałem gorączkowo, szukając jakiegoś wyjścia z tej sytuacji. Sekundy wydawały się godzinami. Cóż za strasz­ny zbieg okoliczności. Jeszcze kilka minut i już nie byłoby nas w piekarni.

Z przerażeniem wpatruję się w esesmana. Odchodzi od okna szybkim krokiem, idzie w stronę nieczynnego aparatu telefonicznego, mija go, siada obok pieca i chwy­ta za pozostawioną na rozżarzonych węglach kiełbasę.

Drugi esesman jest w dalszym ciągu zajęty pisaniem listu. Nie zwraca na nic uwagi. Wydaje się, że oderwany jest zupełnie od rzeczywistości. Odetchnąłem z ulgą. Sy­tuacja na krótki moment jest uratowana. Prawdopodob­nie esesman złoży meldunek telefoniczny po zjedzeniu ko­lacji.

Nagle podbiega do mnie zdenerwowany Tomek. Na­tychmiast opuszczamy piekarnię — mówi — każda se­kunda jest droga. Lada chwila może się wszystko tragicznie zakończyć. Zdawałem sobie z tego sprawę rów­nie dobrze jak Tomek. Nie było już ani sekundy do stracenia.

Poszedłem do majstra i powiedziałem mu, że przy­niosłem już odpowiednią ilość zimnej wody, a teraz będę nosić gorącą. Piekarz kiwnięciem głowy wyraził zgodę.

Wziąłem do ręki puste wiadro, przeszedłem przez ko­rytarzyk, w którym znajdował się nieczynny telefon, na­stępnie przez izbę, w której siedzieli pilnujący nas eses­mani. Puste wiadro postawiłem po drodze obok kotła z gotującą się wodą i udałem się w kierunku drzwi.

Stali już przed nimi Tomek i Jaś. Drzwi wewnętrzne oddzielające korytarz od izby, w której siedzieli wartow­nicy, zabarykadowałem ciałem, trzymając kurczowo klam­kę. W tym czasie Tomek i Jaś starali się silą wyważyć główne wrota. Były jeszcze zamknięte na klucz, ale po­nieważ sztaba z zewnątrz już ich nie przytrzymywała i zasuwy zostały odsunięte, spodziewaliśmy się, że zdołamy siłą je wypchnąć i że rygiel zamka wyskoczy.

Kilkakrotne próby Tomka i Jasia napierania na drzwi nie dawały żadnego rezultatu. Poczułem nagle gorączkę. Kroplisty pot wystąpił mi na czoło. Co będzie, jeśli te drzwi nie ustąpią? Usłyszałem szept Tomka: — Naciśnijmy jeszcze raz całą siłą we trójkę. — Wsparliśmy się na drzwiach ramionami. Na komendę Jasia — hoop! — na­cisnęliśmy ze wszystkich sił. Rozległ się lekki zgrzyt i wro­ta z trzaskiem otworzyły się.

Wybiegłem na świeże wilgotne powietrze i pędziłem przed siebie bez opamiętania. Tomek zakomenderował: — Stać! — Oprzytomniałem. Trzeba było teraz zabaryka­dować esesmanów w piekarni. Zamknęliśmy drzwi i szyb­ko, bezładnie poustawialiśmy pod nimi taczki, szczapy drzewa, kamienie, drągi. Trwało to zaledwie kilka se­kund. Następnie szybkim krokiem oddaliliśmy się od pie­karni. Zapadliśmy w czerń nocy. Padał deszcz. Odetchną­łem całą piersią na wolnym powietrzu. Zaczęliśmy iść ro­wem wzdłuż drogi, przyspieszać coraz bardziej kroku, a po­tem wreszcie zaczęliśmy biec. Dobiegliśmy do nasypu ko­lejki wąskotorowej. Ułożone były na nim szyny przezna­czone do wózków zwanych lorami, przystosowanych do przewożenia żwiru, piasku i kamieni.

Teraz biegliśmy nasypem. Trudno opisać wrażenie, jakiego doznałem w tej chwili. Byłem wolny, ale wydawało mi się, że nie mogę po prostu utrzymać równowagi. Bie­gliśmy gęsiego jeden za drugim, nie odzywając się ani słowem. Torem dobiegliśmy do krzaków, za którymi pły­nęła z szumem Soła. Na brzegu rzeki zatrzymaliśmy się.

Jaś oderwał od marynarki i spodni numery obozowe. Wrzucił je do rzeki. Zdjąłem z siebie pasiaki i także cis­nąłem je w nurt Soły. To samo uczynił Tomek. Staliśmy chwilę, zastanawiając, co robić dalej. Musieliśmy przedo­stać się na drugi brzeg. Ale jak przeprawić się przez rze­kę? Czy przepłynąć ją wpław? Czy szukać innego sposo­bu? Zanurzyłem rękę w wodzie. Była lodowato zimna. Doszliśmy do wniosku, że przepłynięcie rzeki jest niemo­żliwe. Każdy z nas mógł dostać skurczu mięśni i utonąć w bystrych wodach Soły.

Nagle ciszę nocy rozdarła seria strzałów karabino­wych. To prawdopodobnie strzelali nasi esesmani z pie­karni, chcąc w ten sposób zaalarmować wartownię głów­ną. Jaś wybuchnął nerwowym śmiechem. Tomek ostrzegł, że należy mieć się na baczności. Esesmani mogą strzelać rakietami i oświetlać nimi teren. Mogą nas dostrzec. Po­stanowiliśmy odpocząć chwilę w zaroślach. Strzały umilkły. Otoczyła nas znowu cisza, dzwoniąca kroplami deszczu.

Zaistanawialiśmy się, w jaki sposób będziemy musieli przedostać się przez rzekę, gdy usłyszeliśmy stukot po­ciągu. Pociąg zbliżał się w kierunku rzeki. Za chwilę ujrzeliśmy jego oświetlone okna. Kreska światła wolno sunęła ku brzegowi rzeki, a potem zawisła nad jej lu­strem i za chwilę zniknęła na drugim brzegu. Niedaleko od naszej kryjówki znajdował się most kolejowy.

Po 'krótkiej naradzie postanowiliśmy pójść w kierun­ku mostu. Jeszcze w obozie dowiedzieliśmy się, że most przez Sołę wiedzie do miasta Oświęcimia. Nie mógł on być przez nas wykorzystany, ponieważ krążyły wokół nie­go patrole SS. Najlepszym wyjściem wydawał się most kolejowy. Ale czy uda się niepostrzeżenie przejść? A jeśli także pilnowany jest przez wartowników?

Dręczyły nas dziesiątki wątpliwości. Postanowiliśmy jednak zbliżyć się do mostu. Szliśmy jeden za drugim blisko siebie, ponieważ było bardzo ciemno. Deszcz sią­pił nieustannie. W ciemnościach wpadłem niespodziewa­nie w jakiś dół i przewróciłem się. Mój kapelusz, zabrany jednemu z majstrów, spadł mi z głowy i potoczył się w kierunku Soły. O odszukaniu go nie było mowy. Mu­siałem spieszyć naprzód, aby nie zgubić kolegów. Bez ka­pelusza na głowie odczuwałem dotkliwe zimno. Krople zimnego deszczu jeszcze bardziej to uczucie potęgowały.

Szliśmy ciągle naprzód, przedzierając się przez za­rośla. Rozmawialiśmy szeptem. Wkrótce dotarliśmy do mostu. Należało się naradzić, co robić dalej. Postanowiliś­my napaść na wartownika, jeśli taki znajdowałby się na moście. Ogłuszyć go i wrzucić do rzeki.

Na tle ciemnego nieba widać było zarysy żelaznej konstrukcji mostu. Dostrzec już można było budkę war­towniczą pomalowaną w pasy. Stała przy moście broniąc wstępu. Z całą pewnością była to budka wartownika. W odległości około dwunastu metrów widać było słabe światło. Prawdopodobnie było to oświetlone okno war­towni. Podczołgaliśmy się jak najbliżej budki, zdecydowa­ni na wszystko. Kilka minut, które wydawały się wiecz­nością, leżeliśmy przytuleni do mokrej ziemi. Z budki nie dochodziły żadne odgłosy. Była pusta. Możliwe, że war­townik znajdował się po drugiej stronie mostu lub do­kądś odszedł. Był to naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności. Szybkim krokiem weszliśmy na most, idąc jeden od drugiego w odległości około dwóch metrów.

Pierwszy szedł Jasio, za nim Tomek, a na końcu ja. Zbliżaliśmy się do końca mostu. Pod nim rozciągał się już drugi brzeg Soły. Zatrzymaliśmy się. Postanowiliśmy zejść w dół po przęśle. Obawialiśmy się, że na końcu mostu mógł znajdować się wartownik. Zachowując naj­większą ostrożność zsunęliśmy się po śliskich elementach przęsła na ziemię. Była miękka. Szybko oddaliliśmy się od mostu, brnąc w rzadkim błocie i zapadając się w ka­łuże. Po dłuższej chwili Soła została daleko za nami.

Kierowaliśmy się na wschód. Przewodnictwo objął Tomek. Droga była bardzo uciążliwa. Szliśmy na przełaj przez pola, które o tej porze roku bywają zwykle rozmokłe i grząskie. Marsz kosztował nas naprawdę dużo wysił­ku fizycznego. Ale świadomość, że idziemy już jako wolni ludzie, dodawała nam sił.

Po pewnym czasie zorientowałem się, że znajdujemy się w pobliżu podobozu oświęcimskiego Monowice, zwa­nego „Bunawerke". Tu za drutami przebywało kilka ty­sięcy więźniów, zatrudnionych przy budowie zakładów chemicznych, wznoszonych przez hitlerowski koncern I. G. Farben-Industrie (Obóz Bunawerke-Monowice został zbudowany jesienią 1942 roku jako podobóz oświęcimski. W okresie późniejszym obóz ten prze­mianowano na Auschwitz III — Monowitz.).

Kiedy z daleka patrzyłem na światło płonące na drutach okalających Monowice, wydawało mi się, że to jest obóz oświęcimski, że zabłądziliśmy i zamiast się od niego

coraz bardziej oddalać wracamy do piekła, z którego z ta­kim trudem zdołaliśmy się wyrwać.

Teren wokół Buny był poprzecinany rowami, często bardzo głębokimi. Przeprawianie się przez te rowy spra­wiało nam bardzo duże trudności. Posuwaliśmy się powoli, ogarniało nas zmęczenie. Osiągnięcie lasu, który mógł nam dać bezpieczne schronienie, coraz bardziej się opóźniało.

Za wszelką cenę chcieliśmy dotrzeć do lasu jeszcze pod osłoną nocy. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że o świcie będzie wysłany za mami pościg. Że okoliczne dro­gi będą gęsto patrolowane, a mosty i przystanki kolejowe zostaną zablokowane. Gąszcz leśny był naszym ratunkiem.

Nie mieliśmy nic do jedzenia. Mieliśmy zabrać z pie­karni trochę chleba, ale zupełnie o tym zapomnieliśmy. W kieszeni wiatrówki znalazłem odrobinę krystalicznego cukru. Od czasu do czasu połykałem kryształki cukru, ale czułem, że tracę siły.

Dotarliśmy wreszcie do rzeki. Zdaniem Jasia miała to być Wisła. Postanowiliśmy iść brzegiem, który był dość skalisty. Tomek zatrzymał się na chwilę. Wyjął z kieszeni jakąś fłaszeczkę i zaczął skraplać kilkudziesięciometrowy odcinek drogi, jaki pozostał za nami. Zacierał nasze ślady, które mogłyby odnaleźć węchem psy pościgu. Preparatu tego dostarczył mu Witek Kosztowny.

Przez pewien czas szliśmy brzegiem Wisły, który pro­wadził nas w kierunku wschodnim. Trwało to około go­dziny. Zaczynało świtać. Niebo na horyzoncie pobladło. Deszcz przestał padać. Coraz bardziej widniało. W po­pielatej szarości świtu wydawało nam się, że widać za Wisłą las. Przystanęliśmy. Las, nie las? Mogły to być chmury wiszące nisko nad ziemią. Ruszyliśmy dalej, czekając, aż się rozwidni. Kiedy nastał dzień, w porannych mgłach ujrzeliśmy z daleka ciemną ścianę lasu. Naresz­cie — odetchnęliśmy z ulgą.

—     Jak bardzo przydałaby się nam teraz łódka — wes­tchnął Jaś. Trzeba było szukać możliwości przeprawy na drugi brzeg. Szliśmy dalej już tylko po to, aby znaleźć ja­kąś łódź. Rzeczywiście po kilkudziesięciu minutach mar­szu ujrzeliśmy ją. Kołysała się na wodzie. W pobliżu wi­dać było zabudowania ukryte w kępie drzew, słychać było głośne szczekanie psa.

W łódce pełno było wody deszczowej. Na brzegu zna­leźliśmy pogiętą puszkę po marmoladzie. Mogła służyć jako czerpak. Jaś podszedł do łańcucha. Był zabezpieczony kłódką zamkniętą na klucz. Szarpnął łańcuchem, ale daremnie. Nagle przypomniał sohie, że ma w kieszeni klucz do drzwi piekarni. Włożył go do kłódki. Próbował przekręcić raz i drugi. Rozległ się cichy trzask i ucho kłód­ki odskoczyło.

—    Wszystko jak w bajce — odezwał się Tomek. Rzeczywiście był to naprawdę dziwny i zarazem szczęśliwy zbieg okoliczności!.

Jaś odczepił łańcuch. Tomek puszką po marmoladzie niecierpliwie wybierał wodę z łódki. Szło mu to niesporo, bo puszka była dziurawa. Jaś był najsilniejszy i najlepiej zbudowany fizycznie. Wziął wiosło, które leżało na dnie łodzi. Wolno odbiliśmy od brzegu. Prąd znosił nas uko­sem, ale drugi brzeg był coraz bliżej. Nagle łódź zachwia­ła się i stanęła na mieliźnie. Nie było wyjścia. Wyskoczy­liśmy do wody. Zanurzeni prawie po pas brodziliśmy ku brzegowi. Dosłownie resztkami sił wydostaliśmy się z wo­dy. Było już zupełnie jasno.

Od lasu dzieliła nas odległość około jednego kilometra. Czas naglił, trzeba było się spieszyć. Jaś wydobył z kieszeni jakąś damską kolorową chustkę i dał mi ją do zasłonięcia ogolonej głowy. Kiedy zawiązywałem ją so­bie, koledzy orzekli, że wyglądam jak słuszna, bardzo zmęczona kobieta w narciarskich spodniach. Szliśmy na przełaj przez pola. Jaś przyspieszył kroku i znacznie nas wyprzedził. Pierwszy pędem dobiegł do lasu i zatrzyma! się na jego skraju. Kiedy nadchodziłem z Tomkiem, zdjął czapkę i powitał nas: — Mam zaszczyt powitać panów w wolnym lesie — i serdecznie każdego z nas ucałował. Tak zakończył się pierwszy, szczęśliwie zrealizowany etap naszej ucieczki.

PIERWSZY SMAK WOLNOŚCI

A więc byliśmy wolni! Nie zapomnę nigdy momentu, kiedy w leśnej gęstwinie usłyszałem, bodajże po raz pierwszy od trzech lat, śpiew ptaków. Byłem po prostu szczęśliwy. Nie umiem tego szczęścia wyrazić słowami.

Dopiero teraz odczuliśmy, jak bardzo jesteśmy zmę­czeni. Wolnym krokiem szliśmy w głąb lasu. Chcieliśmy znaleźć najbardziej niedostępne miejsce, aby w ukryciu przesiedzieć w nim cały dzień. Wieczorem mieliśmy ru­szyć dalej. Natrafiliśmy wreszcie na zakątek ukryty mię­dzy bagnami Zaszyci w gęstwinie, ulokowaliśmy się na odpoczynek.

Położyłem się na krzaku jałowca zupełnie wyczerpany. Buty i ubranie ociekały wodą. Niie miałem czasu po­myśleć o ich wysuszeniu. Natychmiast zasnąłem.

Obudziło mnie straszliwe zimno. Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem siedzącego obok mnie Tomka. Rozkładał wokół siebie zamoczone dolary. Opodal siedział Jaś w sa­mej tylko koszuli. Na kolanach trzymał marynarkę i no­żem, tym samym, którym przecinałem kabel telefoniczny, zeskrobywał z sukna malowane czerwone pasy. To samo zrobił ze spodniami.

Przesiedzieliśmy cały dzień o głodzie. Dokuczało nam pragnienie. Tuż przed zachodem słońca wyruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy przez las w kierunku wschodnim. Nie mieliśmy kompasu ani busoli. W stronach świata orien­towaliśmy się tylko na podstawie zegarka i kory drzew pokrytej od północy mchem. Nie obawiałem się, że za­błądzimy. Towarzyszyło mi przecież dwóch oficerów, z któ­rych jeden był długoletnim oficerem zawodowym.

Im większa ciemność ogarniała las, tym bardziej uciążliwa stawała się nasza droga. Celem naszego marszu był teraz kościół w Porębie. W miejscowości tej mieliśmy się zatrzymać na krótki postój i zasięgnąć informacji. Tam mieliśmy przekroczyć granicę między Trzecią Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem, Spodziewaliśmy się, że ksiądz w Porębie udzieli nam pomocy przy przejściu gra­nicy.

Kościół w Porębie miał być widoczny z daleka. Po­stanowiliśmy w dalszą podróż wyruszyć o świcie, tak aby dostrzec jego wieże i nie błądzić.

Znajdowaliśmy się teraz w pobliżu jakiegoś średnio­wiecznego zamku (zamek Lipowiec). Wokół jego murów leżało mnóstwo mokrych liści jeszcze z jesieni. Urządziliśmy sobie w nich nocleg. Nie był luksusowy, ale przetrwaliśmy w tym miejscu do rana. Obudziłem się, trzęsąc się cały z zimna. To­mek opowiadał, że podczas snu bredziłem coś o chlebie i cukrze. Był to na pewno głos głodu, który szarpał mi wnętrzności.

Kiedy zaczęło świtać, wyruszyliśmy znowu. Przedzie­raliśmy się gęstym lasem. Potem drzewa zaczęły rzednąć i za ich pniami widać było pola zazielenione wschodzą­cym żytem. Na horyzoncie lśniła w promieniach wschodzą­cego słońca wieża kościelna.

Szliśmy więc na przełaj przez pola w kierunku wido­cznego już wyraźnie kościoła.

Kościół stał ma wzgórzu porosłym lasem. — To będzie Poręba — rzekł Tomek. Przeszliśmy tory kolejowe i zno­wu weszliśmy do lasu.

Był już jasny dzień. Uradziliśmy, że z księdzem skon­taktuje się Jaś. Wyglądem zewnętrznym najmniej przy­pominał zbiega z Oświęcimia. Posiadał kompletne cywil­ne ubranie i był z natury łysy, co nie budziło podejrzeń, tak jak ogolona do gołej skóry głowa. Tomek pozostał ze mną na wzgórzu w lasku.

Jaś wszedł do kościoła. Miał poprosić księdza o spo­wiedź i podczas miej wyjawić cel swojej wizyty. Widzie­liśmy, jak wrota kościoła pochłonęły jego barczystą sylwetkę. Wkrótce pojawił się znowu. Zabawił w kościele krótko. Spotkał księdza wychodzącego po mszy z kościoła. Prze­prowadził z nim krótką rozmowę w krużganku kościel­nym. Ksiądz oświadczył, że za chwilę sam przyjdzie do nas. I rzeczywiście — nie czekaliśmy długo. Zjawił się w chwilę po powroaie Jasia.

Na twarzy księdza widać było silne zdenerwowanie. Nie chciał wdawać się w długą rozmowę. Powiedział tylko, żeby przejść niepostrzeżenie pod mury klasztorne, osłonięte gęstymi zaroślami. On tam przyjdzie za chwilę. To miejsce jest bardzo niebezpieczne — leży w pasie gra­nicznym. Kręcą się tu strażnicy graniczni, a także często w tym rejonie pojawia się niemiecki nadleśniczy z psem. Po tej informacji ksiądz oddalił się.

Schyleni ku ziemi podeszliśmy pod mury klasztoru. Byliśmy pewni, że znajdujemy się w kościele w Porębie. W wygodnym osłoniętym miejscu ułożyliśmy się pod murami klasztoru na zasłużony odpoczynek. Po godzinie zjawił się ksiądz. Tym razem przyniósł paczki z jedzeniem i butelki z gorącą kawą na mleku.

Czego tam nie było w paczkach! Znalazła się szynka, jajka święcone, doskonała babka wielkanocna. Zjedliśmy wszystko w oka mgnieniu. Nasze samopoczude natych­miast się poprawiło. Zapaliliśmy papierosy, przyniesione także przez księdza.

Tomek wdał się z nim w rozmowę. Dowiedział się przede wszystkim, że to nie Poręba, ale Alwernia koło Regulic. Zaskoczyło nas to. A więc po prostu zbłądziliś­my. Ksiądz wyjaśnił, że Poręba znajduje się w odległości około siedmiu kilometrów od miejsca, w którym przeby­wamy. Dodał, że Opatrzność czuwała nad naszymi krokami, bowiem w Porębie stacjonują teraz większe siły stra­ży granicznej z powodu dużego nasilenia nielegalnego przekraczania granicy w tamtym rejonie. Sama Alwernia jest przez to odciążona i łatwiej przedostać się przez gra­nicę w tych okolicach niż koło Poręby. Jeśli idzie o udzie­lenie nam pomocy — mówił ksiądz — to on pomoże nam tak samo, jak by to na pewno uczynił ks. Słowiaczek.

Na dłuższą pogawędkę ksiądz obiecał przyjść po obiedzie. Na razie przeprosił nas i odszedł. Syci, ułoży­liśmy się do snu. Dzień był pogodny. Słońce mocno przy­grzewało. Był to naprawdę dzień prawdziwego odpo­czynku.

Około godziny drugiej po południu znowu zjawił się nasz ksiądz. Tym razem przyniósł z sobą kilka menażek z obiadem. Oświadczył nam, że obiad przygotowała żona aptekarza. Wraz z obiadem otrzymałem od księdza robo­czy kombinezon i czarny beret. Tomkowi nasz opiekun wręczył kilkaset marek niemieckich, dodając, że marki te będzie można wymienić na złotówki, obowiązujące na te­renie Generalnego Gubernatorstwa.

Po obiedzie naradzaliśmy się nad dalszymi naszymi losami. Ksiądz zatroszczył się także o zabezpieczenie na­szego przejścia przez granicę. — Przeprowadzi was przewodnik — mówił. —- Już z nim to obgadałem. Zgłosi się o zmroku. Będzie to człowiek miejscowy, który zna dokła­dnie drogę.

Serdecznie podziękowaliśmy naszemu dobroczyńcy. Teraz mogliśmy już spokojnie oczekiwać dalszych wyda­rzeń.

Dzień spędzony pod murami klasztoru dodał nam wiele siił. Naciągnąłem na siebie kombinezon i nacisnąłem na głowę beret. Wyglądałem teraz podobno jak robotnik-instalator albo — jak żartowali koledzy — skoczek spa­dochronowy.

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy przed nami wyrosła znów postać księdza. Każdemu z nas wręczył pa­czkę z żywnością, po butelce piwa i paczce papierosów. Był to prowiant — jak się wyraził — na drogę. Zapowie­dział, że prawdopodobnie już do nas nie wróci. Wieczo­rem zgłosi się sam przewodnik. Ustaliliśmy hasło rozpoznawcze. Człowiek ten miał dwa razy zakaszleć i raz kich­nąć. Jeszcze raz bardzo podziękowaliśmy księdzu za wszy­stko, co dla nas uczynił. Żegnając się z nami ksiądz prosił, aby do niego napisać, gdy będziemy znajdować się w bez­piecznym miejscu. Nie podał nam jednak nazwiska. Pro­sił, aby adresować — na księdza proboszcza w Alwerni.

Było już ciemno. Czekaliśmy niecierpliwie na prze­wodnika. Zjawił się, lecz nie sam, jak się tego spodzie­waliśmy, ale w towarzystwie proboszcza. Przewodnik był człowiekiem starszym i poważnym. Ubrany był w krótką kurtkę i buty z cholewami.

Wymieniliśmy z nim przyjazny uścisk dłoni. Patrzył na nas, wielce przejęty rolą, jaka mu przypadła w udziale. Teraz nastąpiło pożegnanie. Ucałowaliśmy się serdecznie z proboszczem, dziękując mu po raz wtóry za pomoc. Ży­czył nam dobrej drogi i błogosławił.

I znowu ruszyliśmy w drogę. Jako pierwszy szedł przewodnik, za nim w pewnej odległości kroczył Jaś, a po­tem Tomek, na końcu szedłem ja, zamykając pochód. Szliśmy krętymi ścieżkami przez pola, las, pagórki i wą­wozy. Przewodnik prowadził nas około godziny. Wreszcie zatrzymał się w jakimś głębokim parowie i powiedział, że najbardziej niebezpieczne miejsca już minęliśmy. Znaj­dujemy się już poza granicą Rzeszy, po stronie polskiej. Wyjął papierosy, poczęstował każdego z nas, mówiąc, że w tym miejscu jesteśmy dobrze ukryci i możemy swobod­nie zapalić.

Co do dalszej drogi udzielił nam wielu cennych rad i informacji. Przede wszystkim radził, aby jak najdalej odejść od granicy. Przeszliśmy wprawdzie najgroźniejszy punkt, niemniej jednak strażnicy graniczni patrolują rów­nież rejony znajdujące się w okolicach pasa granicznego.

Trzeba było się już rozstać. Serdecznie podziękowaliś­my przewodnikowi za pomoc i wyruszyliśmy w dalszą wędrówkę. I znowu przedzieraliśmy się przez las. Gęste poszycie, górzysty teren, ciemności nocne, wszystko to utrudniało drogę. Kolce tarniny i innych roślin zaczepia­ły o ubrania, kaleczyły twarze i ręce. Posuwaliśmy się ostrożnie naprzód. Nie robiliśmy żadnych przerw na od­poczynek.

Zbliżał się ranek. Mrok rzedniał. Wyszliśmy na mokrą łąkę, potem dotarliśmy do jakiejś kamienistej drogi. Nie mieliśmy pojęcia, w jakiej znajdujemy się okolicy. Jaś zdecydował, że pójdziemy drogą tak długo, aż spot­kamy jakiś drogowskaz, dzięki któremu będziemy się mo­gli zorientować, dokąd udało nam się dotrzeć. Wyprze­dził nas przynajmniej sto metrów. Wlokłem się za nim z Tomkiem, klnąc, że tak spieszy, a my nie możemy na­dążyć. Nie czułem już nóg, mięśnie szarpał ból.

Wreszcie Jasio zatrzymał się przy słupie z tablicą. Aby odczytać napis na tablicy, przyświecał sobie kieszon­kową latarką, zabraną esesmanowi z piekarni. Nagle od­wrócił się ku nam i wołał, abyśmy przyspieszyli kroku. Re­sztką sił podbiegliśmy do słupa. Na tablicy widniał na­pis: Do posterunku policji — 200 m. Był to doskonały znak ostrzegawczy, napotkany dosłownie w ostatniej chwi­li. Z miejsca skręciliśmy z drogi w pola. Byle tylko od­dalić się prędzej i bezpiecznie.

Znaleźliśmy się wreszcie na bagnistej łące. Środkiem płynął wąski strumyk. W pobliżu nie było widać żadnych drzew. Mimo to postanowiliśmy pozostać tu cały dzień ukryci w niewysokich zaroślach. Nie było to przyjemne. Grunt był grząski i podmokły. Nie było jednak innych możliwości ukrycia się i przeczekania dnia do zmroku. Godziny wyjątkowo nam się dłużyły. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie się znajdujemy. Wkrótce wyczerpały się całkowicie zapasy żywności ofiarowane przez księdza. Pod wieczór zaczął nam dokuczać głód.

O zmroku Jaś, wyglądający najmniej podejrzanie, udał się w teren dla przeprowadzenia rozpoznania. Po­szedł w kierunku wsi, której zabudowania widać było z kryjówki. Po kilkudziesięciu minutach wrócił. Dowie­dział się, że w pobliżu płynie Wisła, przez którą powin­niśmy się przeprawić. Za wsią znajduje się prom. Prze­woźnikiem jest niejaki Sroka. Na drugim brzegu Wisły leży miejscowość Tyniec. Wieże, które widoczne były z da­leka, to wieże tynieckiego kościoła. Ucieszyło nas to. A więc dotarliśmy już w okolice Krakowa. Kiedy zapadł zmierzch, wyruszyliśmy w drogę. Omijając wieś doszliśmy do promu. Przewoźnik przebywał w drewnianej budce, przypominającej budkę wartownika. W jej oknie widać było słabe światło lampy naftowej.

Rierwszy podszedł do niego Jasio, swobodnie go wi­tając: — Dobry wieczór, panie Sroka! — Chciał wywołać wrażenie, że przewoźnik jest człowiekiem, którego zna od dawna. Sroka powitał nas krótkim: dobry wieczór. Za­czął się nam uważnie przyglądać. Jasio poprosił go o prze­wiezienie nas na drugi brzeg. — Chodźcie — powiedział Sroka. Zajęliśmy miejsca na promie. Odbiliśmy od brzegu. Prom powoli płynął wzdłuż przeciągniętej nad rzeką sta­lowej liny. Przewoźnik wprawiał go w ruch, odpychając się długą żerdzią. Kiedy znaleźliśmy się na drugim brzegu, Jasio powiedział Sroce, że nie będzie mógł zapłacić za przewóz pieniędzmi polskimi, lecz markami.

Rrzewożnik bystro spojrzał na niego, uśmiechnął się i oświadczył, że pieniędzy od nas nie przyjmie. — Niech was Bóg prowadzi, szczęśliwej drogi — powiedział. Po­żegnaliśmy go.

Nie chcieliśmy już kluczyć. Zaryzykowaliśmy. Posta­nowiliśmy przejść przez Tyniec. W domach paliły się świa­tła. Co chwila z opłotków wybiegał pies i odprowadzał nas głośnym szczekaniem.

Na wzgórzu po prawej stronie mimo ciemności wid­niały potężne mury starego tynieckiego klasztoru. Kiedy mijaliśmy je, przypomnieli mi się Krzyżacy Sienkiewi­cza — moment spotkania orszaku księżnej w Tyńcu. Za­dumałem się, wracając do wspomnień ze szkolnej lektury. Niewiele brakowało, a byłbym wpadł pod koła roweru, który przejechał tuż obok mnie.

Niebo zaciągnęło się chmurami. Zaczął padać drob­ny deszcz. Przystanęliśmy. Jasio postanowił zajść do ja­kiegoś domu, aby kupić mleko i chleb. Byliśmy wściekle głodni. W pierwszej chacie powiedziano mu, że mleka nie ma. W następnych spotkał się także z odmową. Nie było rady. Czekał nas dalszy marsz o głodzie. Byliśmy już przy końcu wsi. Jaś zastukał do jednego z ostatnich domów. Zostałem z Tomkiem na drodze przy furtce. Widzieliśmy, jak drzwi domu uchyliły się i Jaś wszedł do wewnątrz. Za oknem paliło się przyćmione światło. Widzieliśmy, że Jaś rozmawia z gospodynią. W kierunku furtki zbliżał się jakiś mężczyzna. Gdy znalazł się w pobliżu nas, zapytał zaniepokojony, co tu robimy przed jego domem. Na co cze­kamy? Był to stary człowiek. Uspokoiliśmy jego obawy, że jesteśmy w podróży i chcielibyśmy kupić coś do jedze­nia, aby się posilić. Człowiek ten zaprosił nas do domu. W drzwiach zetknęliśmy się z wychodzącym Jasiem.

—    A któż to? — zapytał staruszek.

—     Kolega — odpowiedział Tomek — chciał kupić mleka.

—     Mleka u nas nie dostanie. Mogę dać wam barsz­czu z ziemniakami. Chodźcie do domu.

Znaleźliśmy się w izbie. Była w niej starsza niewias­ta i troje małych dzieci, prawdopodobnie wnuczęta gospo­darza. Gospodyni obrzuciła nas surowym wzrokiem.

—     Powiedziałam, że mleka nima, po co żeśta przy­szli — mówiła, nie kryjąc niezadowolenia. Jej gderanie przerwał starzec:

—     Szykuj kartofle i barszcz. Daj panom kolację!

- Mańka, pójdź tu — zawołała gniewnie gospo­dyni.

Z drugiej izby wychyliła się twarz młodej kobiety, córki gospodarza. Spojrzała na nas życzliwie. Zakrzątnę­ła się koło kuchni. Zajęliśmy miejsce na ławie. Jaś wziął na kolana dwoje małych dzieciaków i zaczął się z nimi bawić. Opowiadał im bajki tak interesująco — miał do tego spore zdolności — że gospodyni zaczęła się także przysłuchiwać, a twarz jej rozpogodziła się nieco.

Kiedy kartofle dymiły już na misce, kazała młodej przynieść słoninę i śmietanę z komory. Tomek siedział obok starego. Przyciszonym głosem rozmawiał z nim. Ulokowałem się koło pieca i wsłuchiwałem się w trzask gałęzi na palenisku. Byłem tak zmęczony, że kleiły mi się oczy. Ale na stole pojawiły się już talerze i dymiące ziem­niaki i barszcz, suto zabielany śmietaną. Pachniała słoni­na i przysmażona cebula.

—    Mańka, idź do sklepu po cukier — zakomendero­wała gospodyni — trza sparzyć panom herbaty.

Wyjęła z węzełka pieniądze i podała młodej. Teraz byliśmy pewni, że przypadliśmy do gustu naszej gospody­ni. Zajadaliśmy chciwie. Córka gospodarza przyniosła cu­kier i po chwili na stole przed każdym z nas stał dymią­cy kubek z herbatą. Na środku stołu gospodyni ułożyła bochen wiejskiego chleba, a na nim nóż. Zachęcała nas do jedzenia.

Gospodarz był ciekawy, kim właściwie jesteśmy. Nie wypadało mu jednak pytać wręcz. Próbował wywiedzieć się okrężną drogą.

—    Panowie na pewno z robót, z Niemiec? — zapytał.

—    Tak — odpowiedział Jaś lakonicznie.

Odpowiedź nie zadowoliła gospodarza. Ciągnął więc dalej:

—    Na robotach przecież wolno nosić włosy, a z pa­nów żaden nie ma włosów?

—    Bo w tej miejscowości, gdzie pracowaliśmy — tłumaczył Jaś — panował tyfus plamisty. Baliśmy się, że jak zachorujemy, to nam włosy wyjdą. Dlatego ostrzygliś­my się na zero.

Gospodarz pokiwał głową. Zaniechał dalszych pytań. Ale nie był przekonany. W dalszej rozmowie, niby przy­padkowo, poruszył Oświęcim. Zaczął opowiadać o zbrodniach dokonywanych w tym obozie.

—    Panowie, jak byliście na robotach w Niemczech — to nawet nie macie pojęcia, co tam się dzieje.

Słuchaliśmy uważnie, nie dając po sobie poznać, że na ten temat mielibyśmy znacznie więcej do powiedzenia. Ciepła izba, gościnni mili ludzie, polski dom, pod które­go dachem znaleźliśmy przystań, wszystko to sprawiło, że nasze przejścia i trudy wydały nam się nierealne. Była już późna noc, kiedy zdecydowaliśmy się opuścić gościnne progi. Jasio wstał, serdecznie podziękował gospodarzom i zapytał o należność za kolację. Gospodarz zerwał się urażony: Jedzenia nie sprzedaje, a ludziom w biedzie trze­ba pomagać. Podziękowaliśmy serdecznie za gościnę i za­częliśmy się żegnać z domownikami. Odprowadzał nas stary. Kiedy wyszliśmy przed dom, zatrzymał nas deszcz i przenikliwy ziąb. Usłyszeliśmy przyciszony głos gospo­darza:

—    Panowie, tam jest stodoła — wskazał ręką — jeśli macie życzenie, możecie się przespać.

Byliśmy naprawdę wdzięczni. Natychmiast udaliśmy się na spoczynek do stodoły. Gospodarz ostrzegł nas, abyśmy nie palili papierosów, i życząc dobrej nocy zapowiedział, że jutro przyjdzie nas zbudzić.

Zakopałem się w słomę i po krótkiej chwili zasną­łem. Była to pierwsza noc po ucieczce spędzona pod da­chem. Minęła niezwykle szybko. Obudził mnie głos gospodarza:

-      Dzień dobry panom! Zarządzam pobudkę.

Prosił, abyśmy stodołę opuszczali pojedynczo. Kiedy jako ostatni wszedłem do chaty, ujrzałem w izbie Jasia, siedzącego przed lustrem z namydloną brodą i brzytwą w ręku. Obok pieca krzątała się uśmiechnięta gospodyni. Pokrywy na garnkach wesoło dzwoniły i słychać było sy­czenie kipiącej wody. Izbę wypełniał zapach gotowanego jadła. W dużym garnku gospodyni nagrzała nam wody do mycia. Kolejno goliliśmy się, myli, czyścili zabłocone ubrania, przyprowadzając swój wygląd do należytego po­rządku.

W tym gościnnym domu zabawiliśmy do południa. Po sutym obiedzie przygotowywaliśmy się do dalszej drogi. Gospodyni zaopatrzyła nas w jajka, chleb i butelki mlekiem. Jej córka przyniosła od miejscowego nauczy­ciela szkolny atlas. Dokładnie przestudiowaliśmy okolice Krakowa.

Ruszyliśmy w dalszą podróż syci, wypoczęci, czyści i zapoznani z terenem. Serdecznym podziękowaniom na­szym nie było końca.

Gospodarz podał nam swoje nazwisko, które — o ile dobrze pamiętam — brzmiało: Piotrowski. Cała rodzina razem z dziećmi odprowadziła nas do pól rozciągających się poza zabudowaniami Tyńca. Wszyscy życzyli nam szczęścia, prosząc o napisanie listu.

Szliśmy krętymi ścieżkami przez pola. Na podstawie mapy i wskazówek gospodarza Tomek sporządził szkic te­renu i wytyczył trasę dalszego marszu.

Pod wieczór, jeszcze na długo przed zachodem słoń­ca, przechodziliśmy przez szosę. Przed nami przejechały dwa ciężarowe samochody napełnione esesmanami. Na ich widok ogarnął mnie strach. Kilku esesmanów, jadą­cych w drugim samochodzie, mówiło coś do siebie. Wy­dawało mi się, że wskazują na nas. Miałem wrażenie, że auto natychmiast się zatrzyma, ale na szczęście samochód pomknął dalej i zniknął za zakrętem.

O zmroku znajdowaliśmy się w pobliżu Wieliczki. Zapasy żywności już się kończyły. Jaś postanowił zajść do upatrzonego domu i dokonać zakupów. I tu przyjęto nas życzliwie, ugoszczono świąteczną kapustą z grochem i wód­ką. Spotkaliśmy tam trzech mężczyzn już trochę podchmie­lonych. Nie mogliśmy się oprzeć naleganiom, aby z nimi wypić. Wypiliśmy tylko po dwa kieliszki. O zapłacie za poczęstunek i w tym domu nie chciano w ogóle słyszeć.

Później znowu szliśmy polną ścieżką, kierując się na wschód. Wioski małopolskie są zupełnie inaczej zbudowane aniżeli w Kieleckiem. Charakterystyczną ich cechą jest rozrzucona zabudowa. Chata od chaty znajduje się czasem o kilkaset metrów od siebie. Nie stoją wzdłuż drogi, jak na przykład w Kielecczyznie, ale są rozrzucone wśród pól.

Jedna z polnych dróżek zawiodła nas do samotnie stojącego domu. Było już zupełnie oiemno. Jasio nalegał, aby spędzić noc pod dachem. Marsz nocą jest trudny na skutek nieznajomości terenu, wymaga pokonywania wielu przeszkód, prędko męczy i nie pozwala na szybkie pokonanie większych odległości. Za dnia będziemy mogli o wiele sprawniej kontynuować wędrówkę, idąc polami, trzymając się z dala od głównych arterii komunikacyjnych i wiosek.

Mieliśmy zamiar spędzić noc w jakiejś stodole, nie zawiadamiając o tym jej właściciela. Zanim jednak znaleźliśmy odpowiedni obiekt na nocleg, Jasio postanowił zajść do najbliższej chaty. Stała na uboczu, oddalona od za­budowań wsi. Chciał kupić trochę mleka i chleb. Zostałem z Tomkiem w polu. Nieobecność Jasia przedłużała się. Ale nie było powodów do niepokoju. Wybiegł z cha­ty uradowany i przywołał nas, nagląc do pośpiechu. Sprawiało to wrażenie, że spotkał tu kogoś z bliskich znajo­mych. Weszliśmy we trójkę do sieni. W izbie niespodzianka. Same kobiety. Było ich, w różnym wieku, aż sześć. Poczęstowały nas zaraz świeżym, ciepłym mlekiem prosto od krowy. Najmłodszą, w wieku około 7 lat, Jaś wziął na kolana i zaczął z nią gawędzić. Potem jak z rękawa sypał dowcipami, przeznaczonymi, oczywiście, już tylko dla ucha starszych. Wywoływały u słuchaczek wybuchy śmiechu. I tak przesiedzieliśmy do późnych godzin noc­nych.

— Komu w drogę, temu czas — odezwał się wreszcie Jaś. Najstarsza zaprotestowała. O tak późnej porze nie wypuści nas z domu. Poleciła młodszym przynieść sno­pki słomy. Ułożyła je obok pieca, zaścielając czystym prze­ścieradłem, na którym znalazły się dwa grube koce do przykrycia. Kobiety, życząc nam dobrej nocy, przeniosły się do innego pokoju. Zostaliśmy sami w kuchni. Ułoży­liśmy się jak najwygodniej. Było to wprost królewskie łoże. Ale nie cała trójka mogła spać jednocześnie. Każdy z nas miał pełnić kilkugodzinny dyżur, na wszelki wypadek, aby nie dać się zaskoczyć Niemcom. Wylosowałem pierwszą kolejkę czuwania. Miało trwać do godziny 24. Potem miałem obudzić Jasia, a on po kilku godzinach Tomka.

Usiadłem na słomie, przy otwartym oknie. Koledzy zasnęli kamiennym snem. Nawet nie wiem, kiedy opar­łem głowę o parapet okna i obudziłem się o ósmej rano, gdy przez okno wdarły się promienie słońca. Jaś i Tomek także zerwali się z posłania. Wkrótce potem po obfitym śniadaniu byliśmy już w drodze. Po niezbyt długim mar­szu znaleźliśmy się w Puszczy Niepołomickiej. Tu czu­liśmy się bezpiecznie. Szliśmy przez Puszczę szerokim duktem. Potężne drzewa, przepiękne poszycie lasu i śpiew ptaków — wszystko to dodawało nam nie tylko otuchy, ale smakowało prawdziwą wolnością. Po kilku godzinach ujrzeliśmy samotnego człowieka. Szedł w naszym kierunku. Był to leśniczy. Kiedy znalazł się od nas w odległości około stu metrów, szybko przeszedł na drugi brzeg drogi i zniknął wśród drzew. Jego zachowanie świadczyło o tym, że nasz wygląd musiał go przestraszyć.

Nadeszło popołudnie. Nosiliśmy się z zamiarem kilkunastominutowego odpoczynku. Przed nami obok drogi stała leśniczówka i zabudowania gospodarskie. Naprze­ciw za drogą widać było biały domek z zielonymi okien­nicami. Czując się zupełnie bezpiecznie w samym środku puszczy, chcieliśmy minąć leśniczówkę i dopiero potem zatrzymać się dla odpoczynku. Byliśmy jednak zbyt pewni siebie.

Kiedy przechodziliśmy obok domku z okiennicami, usłyszeliśmy nagle: — Halt! Wohin?! — Obok domku stał Niemiec. Był bez bluzy, w samej tylko koszuli. Miał na sobie wojskowe spodnie i buty, a na głowie żołnierską furażerkę. Niemiec jeszcze raz krzyknął: — Halt! —- Przerażeni przyspieszyliśmy kroku. Ale Jaś już odzyskał równowagę i tupet. Odkrzyknął po niemiecku: — Kannst uns am Arsch lecken (Możesz nas pocałować w d...).

Rzuciliśmy się do ucieczki, każdy w innym kierunku. Biegłem w las. Huczał od strzałów karabinowych. Nie oglądałem się za siebie. Echo zwielokrotniało huk. Zdawało się, że to strzela kilku wrogów. Uciekając kluczyłem, padałem na ziemię, zrywałem się z niej i biegłem dalej. Jasia i Tomka straciłem zupełnie z oczu.

Osłonił mnie młody, gęsty zagajnik. Zwolniłem. Te­raz szedłem powoli, rozglądając się za kolegami. Trwał za nimi pościg. Po lesie rozlegały się w dalszym ciągu strzały.

Sprawdziłem, czy przypadkiem w czasie ucieczki nie zgubiłem trucizny. Na szczęście kapsułka tkwiła w kie­szeni. Nagle usłyszałem sygnał: — psstl Odwróciłem się i ujrzałem Tomka. Szedł ku mnie trzymając się za lewe ramię. Przeraziłem się, że jest ranny. Uspokoił mnie. To odstrzelona gałąź spadła mu na ramię. Trochę go teraz boli. Mimo to ściągnąłem mu z barku i ramienia mary­narkę. Wszystko było jasne. Tomek był ranny. Jego ra­mię było przestrzelone. Rana była na szczęście niezbyt ciężka, ale ręka broczyła krwią. Wyjąłem jodynę i ban­daż i zrobiłem prowizoryczny opatrunek.

Strzały huczały po puszczy nieustannie. Tomek twier­dził, że Jasio biegł w kierunku wysokiego lasu, gdzie jest o wiele większa widoczność i Niemcy na pewno do nie­go w tej chwili strzelają. Nie wiedzieliśmy, co robić. Cze­kać tu na Jasia było ryzykowne i ze względu na pościg, i na małe szanse, że nas odnajdzie. Mieliśmy nadzieję, że sam dotrze do Bochni i że tam się spotkamy. A jeżeli nie żyje? Dręczył nas podświadomy niepokój. Byłoby to straszne zrządzenie losu. Nie dopuszczaliśmy tej myśli. Nie, to byłoby okrutne i niesprawiedliwe... Ale nie była to pora ma rozmyślania. Czas naglił.

Oddaliliśmy się od pechowego miejsca. Przez wszyst­kie napotkane dróżki staraliśmy się przejść jak najszyb­ciej.

Po pewnym czasie ujrzeliśmy starą wiejską kobietę, grabiącą ściółkę w lesie. Obok niej młodsza zbierała su­che gałęzie. Nasz widok wystraszył je bardzo. Chciały uciekać. Uspokoiliśmy je jednak, mówiąc, że nie mają się czego obawiać. Nie jesteśmy przecież ze straży leśnej.

Dowiedzieliśmy się od nich, że brzeg lasu jest już niedaleko. I rzeczywiście, niedługo wyszliśmy z Puszczy. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Przed nami rozciąga­ła się wioska.

Postanowiliśmy wejść do pierwszej chaty. Zastaliśmy tam wieśniaka i dwoje dzieci w wieku około 10 lat. Po­częstował nas mlekiem i chlebem. Objaśnił, że aby dostać się do Bochni, należy przede wszystkim przeprawić się przez rzekę Rabę. Stamtąd będzie jeszcze do miasta około 6 km. — Raba — mówił wieśniak — jest niedaleko; pół kilometra od mego domu. Przeprawić się przez rzekę moż­na promem.

Okazało się, że właścicielem promu i jednocześnie przewoźnikiem jest jego szwagier. Gospodarz zapowiedział, że do miejsca przeprawy poprowadzi nas mała dziewczyn­ka, córeczka przewoźnika. Nie będziemy więc musieli przechodzić przez wieś. Dziewczynka zna bliższą drogę przez łąki.

Po szybkim posiłku, za który zapłaciliśmy, udaliśmy się z dziewczynką w kierunku Raby. Przeprawa poszła gładko. Na drugą stronę rzeki przewiózł nas ojciec ma­łej, pobierając za przewóz opłatę w wysokości 20 marek.

Idąc dalej rozmawialiśmy o Jasiu. Byliśmy jak najgor­szej myśli. Im bardziej byliśmy bezpieczni, tym większy był nasz niepokój o przyjaciela. Od nadziei, że się ura­tował, wpadaliśmy w najczarniejsze przypuszczenia. Wyo­brażaliśmy sobie, że Jasio został zabity przez Niemców, że może jest ciężko ranny i schwytany żywcem? To ostatnie byłoby najstraszniejsze. Ale Jaś miał przecież truciznę. W ostatniej chwili mógł mimo wszystko ujść z rąk wroga. Przygnębieni ciężarem troski o Jasia, urwaliśmy rozmowę. Zmagając się z własnymi myślami, zbliżaliśmy się do Bochni.

Bochnia miała być pierwszym etapem naszej ucieczki, w którym mieliśmy się zatrzymać. Punktem zbornym była ulica Sądecka nr 39, znajdująca się w jednej z dzielnic Bochni — tak zwanej Uzborni (W lasku na Uzborni 18 XII 1939 r. oddziały SS rozstrzelały 56 Polaków — mieszkańców Bochni). Ani ja, ani Tomek nigdy przedtem tutaj nie byliśmy. Miasteczka zupełnie nie znaliśmy.

Doszliśmy do wniosku, że będzie lepiej, gdy przed­tem zasięgniemy informacji, jak dotrzeć pod ten adres.

Ściemniało się już. Ujrzeliśmy samotnego chłopa pra­cującego w polu. Tomek nawiązał z nim rozmowę. Pytał o drogę do Wiśnicza. Przy okazji wywiedział się o Uzbornię i jak najbliższą drogą dojść do ulicy Sądeckiej. Tomek mówił wieśniakowi, że jesteśmy przemęczeni cało­dzienną podróżą, że chętnie przenocowalibyśmy w jakiejś stodole, gdyby można taką wyszukać. Chłop wskazał swój dom. Kazał nam tam podejść i poczekać na niego przed domem. Po chwili nadszedł. Wszedł pierwszy do domu, aby sprawdzić, czy nie ma w nim nikogo obcego. Łatwo można się było zorientować, że dom należy do bardzo biednej rodziny. Poczęstowano nas jęczmiennymi placka­mi i czarną kawą bez cukru. Pieniędzy za posiłek pomimo nalegań z naszej strony gospodarz nie chciał przyjąć.

Noc spędziliśmy na strychu na sianie. Skoro świt ru­szyliśmy dalej. Była to niedziela 2 maja 1943 roku.

Znajdowaliśmy się już na przedmieściu Bochni. Dro­gą szła grupka małych chłopców. Tomek zapytał jednego z nich, gdzie tu mieszka ogrodnik, u którego można ku­pić ziemniaki.

Chłopiec wskazał na dom i wymienił nazwisko ogrod­nika, o którego nam chodziło. Chłopcy poszli dalej. Skrę­ciliśmy na polną dróżkę ku domowi ogrodnika. Stał przed nim starszy pan. Bardzo uprzejmie odpowiedział na nasze dzień dobry i prosił, zachęcając przy tym ruchem dłoni, aby wejść do mieszkania. Wydawało nam się to dziwne. Człowieka tego widzieliśmy po raz pierwszy w życiu. Nie mógł nas przecież znać i wiedzieć, kim jesteśmy. Przeszliśmy przez dwa pokoje, a nieznajomy prosił, abyśmy szli jeszcze dalej. W ostatnim pokoju pozostawił nas sa­mych i wyszedł bez słowa zamykając drzwi.

Rozglądaliśmy się po pokoju. Pod ścianą stało czy­ściutko zaścielone łóżko, a w mim spał... Jasio. Wrażenie było piorunujące, a nasza radość nie do opisania. Rzuciliśmy się na przyjaciela. Zaczęliśmy go ściskać i całować. Kiedy minął pierwszy wybuch radości, Jaś opowiedział nam o swoich perypetiach.

Do Bochni przybył wczoraj. Niemieckie kule w Pusz­czy Niepołomickiej poszarpały na nim w dwóch miejscach ubranie. Przepłynął wpław na drugii brzeg Raby. Do pań­stwa Oborów w Bochni dotarł wieczorem i noc spędził w wygodnym łóżku. Teraz zrozumieliśmy, że to pan Obora czekał na nas przed domem. Wiedział dobrze, kim jeste­śmy, kiedy nas ujrzał. Po prostu uprzedzony był już przez Jasia.

Tak pierwszy etap naszej ucieczki z Oświęcimia zo­stał szczęśliwie zakończony.

Tu w Bochni mogliśmy przystąpić do wykonania na­szych zadań, które były istotnym celem ucieczki. A więc powinniśmy opracować dokumenty obrazujące zbrodnie niemieckie w Oświęcimiu, aby zaalarmować opinię pu­bliczną całego świata. Następnie mieliśmy w porozumie­niu z ruchem oporu opracować plany sprowadzenia zbroj­nej odsieczy dla obozu w Oświęcimiu, aby w odpowiednim czasie rozbić łańcuch straży SS i uwolnić więźniów.

Żaden z nas nie publikował nigdy dotąd szczegółów o ogromnych trudnościach, na jakie napotkaliśmy przy wykonaniu tych głównych zadań. Obecnie, to jest w roku 1956, gdy przystąpiłem do spisywania tych wspomnień, moi przyjaciele, Jaś i Ttomek, już nie żyją. W latach powojennyoh znalazłem się w takich warunkach, że wcześniej­sze pisanie o tych sprawach nie było możliwe.

[...]

Decyzja, aby po ucieczce z obozu skierować się do Bochni, zapadła już w obozie. Była związana z Tomkiem Serafińskim, pod którym to nazwiskiem ukrywał się Wi­told Pilecki, pseudonim „Witold".

Witold Pilecki — „Tomek" pochodził z rodziny ziemiańskiej, osiadłej na Wileńszczyźnie w okolicach Ba­ranowicz. Tradycja rodziny głosiła, że pochodzi ona z tej gałęzi Pileckich, z której wywodziła się Zofia, żona króla polskiego Władysława Jagiełły.

Nazwisko Serafiński, pod którym Witold przebywał w Oświęcimiu, pochodziło stąd, że Tomasz Serafiński po kapitulacji Warszawy w 1939 roku zbiegł z punktu kon­centracyjnego dla oficerów, uchodząc przed niewolą, a na­stępnie ukrywał się w mieszkaniu dr Heleny Pawłow­skiej w Warszawie. Tam przebywał do grudnia 1939 roku. Wyjeżdżając pozostawił swoją legitymację ubezpieczeniową u dr Pawłowskiej. Na początku roku 1940 przebywał tam również Witold, jaiko członek podziemnej organizacji, i po­sługiwał się legitymacją ubezpieczeniową Tomasza Serafińskiego.

Podczas jednej z pierwszych łapanek w Warszawie przy ulicy Chmielnej Witold dobrowolnie włączył się do grupy zatrzymanych przez gestapo i tak dostał się do Oświęcimia, transportem warszawskim w nocy z dnia 21/22 września 1940 r.

Po paru tygodniach zorganizował w obozie pierw­szy Związek Organizacji Wojskowej w Oświęcimiu. Podaję to na podstawie sprawozdania Witolda Pileckiego, napisa­nego po ucieczce z Oświęcimia.

Pierwszy meldunek o istnieniu organizacji został prze­słany z Oświęcimia do Warszawy w październiku 1940 r.

Dowództwo pierwszej „piątki górnej" powierzone zo­stało pułkownikowi Surmackiemu.

W listopadzie Witold zorganizował w Oświęcimiu drugą „piątkę górną". W maju 1941 roku powstała trzecia „piątka górna", a w cztery miesiące potem czwarta.

Żadna z „piątek górnych" nie wiedziała o istnieniu drugich. Rozwijała się samodzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak na to pozwalała energia i zdolność jej człon­ków oraz możliwości organizacyjne kolegów stojących na szczeblach niższych.

Działalność organizacji polegała na ratowaniu życia kolegów przez dożywianie, opiekę nad chorymi, przenosze­nie ich do szpitala, zapewnianie lepszej odzieży i bielizny, umieszczanie na funkcjach i w takich oddziałach pracy, gdzie praca i warunki były lżejsze i dawały szanse prze­życia. Ważnym elementem pracy w konspiracji obozowej była działalność polityczna: podtrzymywanie więźniów na duchu, kolportowanie wiadomości z zewnątrz, utrzymy­wanie łączności z cywilną ludnością, przekazywanie wiadomości o wydarzeniach obozowych na zewnątrz, przesy­łanie dokumentalnych zdjęć fotograficznych i dokumentów o zbrodniach SS.

Z biegiem czasu organizacja przez powiązanie w jeden łańcuch najenergiczniejszych jednostek zaczęła pracować nad skoordynowaną akcją opanowania obozu, w chwili gdy nadeszłaby pomoc z zewnątrz w postaci desantu lub uderzenia grup partyzanckich.

Z początkiem 1942 roku Witold podporządkował Związek Organizacji Wojskowej pułkownikowi Kazimie­rzowi Rawiczowi — byłemu dowódcy pułku piechoty w Bydgoszczy. W tym też czasie zorganizował piątą „piątkę górną". Na dowódcę bojowego zorganizowanych sił w obozie wyznaczony został przez Witolda major Zygmunt Bogdanowski.

Na początku tego roku, w styczniu, Witold przesłał przez pułkownika Palińskiego meldunek organizacyjny do Warszawy.

Następny meldunek został przesiany w maju przez porucznika Bieleckiego, który uciekł z obozu razem z po­rucznikiem Gawronem. Dalsze meldunki przekazano na wolność przez porucznika Jastra, który w lipcu 1942 wraz z trzema innymi więźniami zbiegł z Oświęcimia autem ko­mendanta obozu.

Po wyjeździe z obozu transportem pułkownika Rawicza (Lipiec 1942 r.) Związek Organizacji Wojskowej zo­stał podporządkowany pułkownikowi Gilewiczowi. Do naszej organizacji przystąpiła w tym czasie grupa pułkowni­ka Kumanieckiego.

Witold podzielił wszystkie siły (odrzucając system podziału na piątki) na bataliony, kompanie i plutony, wy­znaczając im rejony działania. Łączył w bataliony poszcze­gólne bloki.

Dowódcą I batalionu był kpt. Kozuba, II — kpt. Edward Giettyński, III — kpt. Tadeusz Lisowski, IV — kpt. „Trzęsimiech" — Julian. Funkcję kapelana Związku Organizacji Wojskowej objął ksiądz Zygmunt Ruszczak.

Opuszczając obóz, Witold powierzył dalszą pracę organizacyjną majorowi Bogdanowskiemu i kapitanowi Bartosiewiczowi.

Ważnym elementem łączności organizacji ze światem zewnętrznym było radio. Związek Organizacji Wojskowej posiadał dwie iskrówkL Musieliśmy je jednak rozmon­tować jesienią 1942 roku w obawie przed wsypą.

Witold zorganizował przy udziale porucznika Rosy naszą komórkę organizacyjną w miejscowej radiostacji przy komendanturze obozu SS. Tutaj Rosa wraz z porucznikiem Piekarskim, zatrudnieni jako więźniowie, robili mapy dla władz obozowych. Stąd wyniesiony był cały plik druków, szyfrowanych skrótów, używanych przez Funkstelle (ośrodek łączności radiowo-telegraficznej przy komendanturze oświęcimskiego garnizonu SS).

W obozie Witold rozmawiał z porucznikiem Lechem z Rzezawy, członkiem podziemnej organizacji na wolności i członkiem organizacji oświęcimskiej. Dowiedział sią od niego szczegółów o osobie prawdziwego Tomasza Serafińskiego. O Tomaszu Serafińskim opowiadał mu także więzień — mieszkaniec Bochni — Edmund Zabawski. W Bochni mieszkała rodzina Serafińskiego i dlatego Bochnia była ważnym etapem naszej ucieczki. Tu mo­gliśmy znaleźć pewne schronienie i pomoc, i — co nie mniej ważne — mogliśmy nawiązać łączność z organi­zacjami ruchu oporu.

Od dnia 2 maja, kiedy to podczas ucieczki dotarliśmy szczęśliwie do Bochni, zamieszkaliśmy przy ulicy Sąde­ckiej nr 39, w mieszkaniu ogrodnika, pana Obory. Był on teściem pozostającego nadal w obozie Edmunda Zabawskiego. W domu tym zamieszkiwała jego żona Helena,, która była córką ogrodnika.

W drugim dniu po naszym przybyciu do Bochni syn pana Obory — Zdzisław — zawiadomił o nas Urszulę Wińską, dyrektorkę bocheńskiego gimnazjum. W jej domu mieściła się „skrzynka organizacyjna". Zwróciliśmy się do niej z prośbą, aby ułatwiła nam przedostanie się do Wiśni­cza, gdzie mieszkał Tomasz Serafiński.

Wkrótce potem nastąpiło spotkanie Witolda-Tomka z panią Wińską. Jej brat, Leon Wandasiewicz, przepro­wadził go bezpiecznie do Wiśnicza.

Tomek zamieszkał w domu, który nosił nazwę „Koryznówka". Nazwa ta jest znama w okolicy Bochni i Wiśni­cza z tego, że w domu tym spędził swą młodość jeden z naj­wybitniejszych polskich malarzy, Jan Matejko, którego żona była z domu Serafińska.

Troskę o nasze losy przejął od tej chwili Serafiński. Witold pozostał u państwa Serafińskich, otoczony serdecz­nością i troskliwą opieką. Jaś po tygodniowym pobycie u państwa Oborów został przekazany nauczycielowi w Trzcienie, Franciszkowi Skumielowi. Jeśli chodzi o mnie, pozostałem jeszcze przez dwa miesiące blisko u Oborów. Ukrywali mnie u siebie z narażeniem życia, żywili, opierali, ubierali i pilnowali, aby nie spotkało mnie jakieś nie­szczęście.

W kilka dni po naszym zainstalowaniu się w domu Oborów zjawił się fotograf, który wykonał nam zdjęcia do „kennkart". Nazajutrz otrzymaliśmy fałszywe dowody osobiste. Moja kenkarta wypełniona była na nazwisko: Adam Wiśniewski. Dokument ten miał pieczęcie i podpi­sy władz powiatowych.

Jaś otrzymał kenkartę na nazwisko Adam Gałązka. Ponieważ moje nowe imię brzmiało też Adam, nazwano mnie dla odmiany „Ewą". Imię to przylgnęło do mnie jako pseudonim na tamtym terenie.

Po dwóch miesiącach przeniosłem się także do Wiśni­cza. Tu ukrywał mnie pan Roman. Przebywałem u niego aż do chwili wyjazdu do Warszawy.

Na nowej 'kwaterze rozpocząłem pisać sprawozdanie o zbrodniach popełnianych na więźniach obozu oświęcim­skiego. Potem kontynuowałem to pisanie na Koryznówce, w domu Tomasza Serafińskiego.

U miejscowego fotografa zrobiłem sobie zdjęcie, tym razem już z większymi włosami. Zdjęcie to było przeina­czone do nowej kenkarty wystawionej przez Kraków na nazwisko Stefana Kucharskiego. Na podstawie tego do­kumentu zameldowano mnie w urzędzie meldunkowym w miejscowej gminie. Teraz mogłem prowadzić legalne życie.

Tomasz Serafiński, porucznik AK, pseudonim „Lis", przesłał meldunek do Komendy Okręgu AK w Krakowie o przybyciu trzech zbiegów z obozu oświęcimskiego, żąda­jąc ułatwienia im złożenia raportu o zbrodniach hitlerow­skich popełnianych w tym obozie i przedstawienia planów uwolnienia jego więźniów.

Rezultat tego raportu był nieoczekiwany. Komenda Krakowskiego Okręgu AK przesłała rozkaz ostrzegający przed dawaniem nam wiary, twierdząc, że możemy być agentami gestapo. Polecono przekazać nas do dyspozycji najbliższego punktu RGO (Rada Główna Opiekuńcza: organizacja pomocy spo­łecznej dla ludności polskiej Generalnego Gubernatorstwa. Powstała -w lutym 1940 r. M. in, udzielała pomocy materialnej więźniom, ofiarom hitlerowskich akcji wysiedleńczych, rodzinom zamordowanych przez okupanta). Rozkaz ten nie został wyko­nany przez porucznika Serafińskiego. Być może, że przy­czyną tej bolesnej decyzji był meldunek komendanta re­jonu AK, kapitana Wiatra, który nieufnie odnosił się do naszych relacji.

Komenda Krakowskiego Okręgu AK nie udzieliła nam pomocy ani też nie poczyniła żadnego kroku, którego celem byłoby odbicie obozu w Oświęcimiu. Próbowała za­wiesić w czynnościach porucznika Tomasza Serafińskiego za niewykonanie rozkazu, dotyczącego oddania nas do dy­spozycji RGO. Zdaje się, że niektórzy panowie mieli do­stateczną możliwość sprawdzenia wiadomości dotyczących zbiegów z Oświęcimia przez organa swego wywiadu, nim zdecydowali się na wydanie tak hańbiącego dla nich roz­kazu.

To postępowanie zostało potem napiętnowane przez Komendę Główną AK po przybyciu Witolda Pileckiego do Warszawy.

W lipcu, a więc w parę tygodni po naszej ucieczce, To­masz Serafiński dostał do swych rąk list gończy, wystosowany przez gestapo w Generalnej Guberni, poszukujący nas jako zbiegów z Oświęcimia.

Z oryginału listu sporządziłem odpis ma maszynie. Potem został zwrócony do komendy policji w Wiśniczu. Ale i ten fakt, że gestapo nas ściga, nie zdołał wpłynąć na zmianę stanowiska Komendy Krakowskiego Okrę­gu AK.

Wobec tego Witold Pilecki na własną rękę nawiązał kontakt z Warszawską Organizacją AK. Delegowała do nas porucznika Stefana Bieleckiego, zbiegłego z Oświęci­mia rok przed naszą ucieczką. Porucznik Bielecki przy­wiózł z Warszawy instrukcję i truciznę. Mieliśmy czekać na dalsze rozkazy.

 Adam Cyra

Ucieczka Rotmistrza

Rtm. Witold Pilecki (1901-1948), żołnierz 1920 i 1939 r., dobrowolny więzień KL Auschwitz (nr 4859) i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień obozów jenieckich w Lamsdorf i Murnau, oficer II Korpusu we Włoszech, rozstrzelany w więzieniu mokotowskim w Warszawie 25 maja 1948 r.

Siedemdziesiąt  lat temu rtm. Witold Pilecki zagrożony dekonspiracją, a także pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edwardem Ciesielskim (nr 12969).

Ucieczka z piekarni na Niwie

Realizacja odważnego przedsięwzięcia była możliwa dzięki pomocy kolegów z organizacji obozowej. W tym czasie Witold Pilecki pracował w paczkarni obozowej, Edward Ciesielski w szpitalu więziennym, a Jan Redzej w magazynie żywnościowym przy kuchni obozowej. Wykorzystując swoje różnorodne kontakty konspiracyjne, Pilecki umożliwił dwom pozostałym śmiałkom dostanie się do komanda zatrudnionego na nocnej zmianie w piekarni w Oświęcimiu na Niwie, poza terenem KL Auschwitz. Pierwszy otrzymał w niej pracę Jan Redzej, który wcześniej poinformował Pileckiego i Ciesielskiego, że więźniowie z tego komanda są zamykani na noc w piekarni wraz z dwoma nadzorującymi ich esesmanami. On również zauważył, że są tam duże żelazne drzwi, przez które można wydostać się na wolność. W piekarni pracowało kilku cywilnych piekarzy i kilku więźniów.

Według dalszych informacji Redzeja do odkręcenia nakrętki z metalowego uchwytu, przy pomocy którego była przymocowana żelazna sztaba uniemożliwiająca otwarcie wspomnianych drzwi wejściowych do piekarni, konieczne było dorobienie klucza. Odcisk nakrętki sporządził w chlebie Jan Redzej i przekazał go znajomemu ślusarzowi, który mając jej wzór i rozmiar wykonał wkrótce potrzebny klucz. Został on ukryty przez Redzeja w magazynie węglowym na terenie piekarni.

W komandzie piekarzy można było pracować tylko za zgodą obozowego gestapo. Taka zgoda była każdorazowo wymagana w wypadku więźniów pracujących na zewnątrz KL Auschwitz. Odpowiednie skierowanie podpisał i wydał wówczas zgodę na pracę poza obozem Arbeitsdienstführer Franz Hössler. Takie skierowania zdobył Marian Toliński (nr 49). Wprawdzie były one wystawione na innych więźniów i do innych oddziałów pracy, lecz Ciesielski wywabił niepotrzebne dane i sporządził zgodne z potrzebami adnotacje dla siebie i Pileckiego.

Zamierzano uciekać w ostatniej dekadzie kwietnia 1943 r. Wiadomym było bowiem, że w okresie przypadających wówczas Świąt Wielkanocnych znaczna część obozowej załogi SS będzie przebywać na urlopach. Aby nie wzbudzać podejrzeń i zapobiec represjom wobec kolegów, Pilecki nie zdecydował się na bezpośrednie przeniesienie z paczkarni do piekarni. W związku z tym dr Rudolf Diem (10022), wtajemniczony przez Mariana Tolińskiego w plan ucieczki, przyjął Pileckiego do bloku szpitalnego nr 20 z podejrzeniem zachorowania na dur wysypkowy. Rzekomego chorego umieszczono w izbie, gdzie pielęgniarzem był Janusz Młynarski (nr 355). Równocześnie Ciesielski poprosił dr. Władysława Fejkla (nr 5647), aby w drugi dzień świąt nowo przybyły był wypisany już ze szpitala jako zdrowy. Ten początkowo nie zgodził się tłumacząc, że chorych nie wolno zwalniać w niedziele i święta, ponieważ nie pracuje wtedy Arbeitseinsatz, czyli obozowe biuro przydziału pracy. Wówczas Ciesielski poprosił o interwencję ppłk. Juliusza Gilewicza (nr 31033), który dopiero namówił dr. Fejkla, aby odnotował w karcie chorobowej Pileckiego, że jest on zdolny do pracy. Następnie wykorzystano podrobione skierowania do komanda piekarzy z podpisem Hösslera, który wyjechał w tym czasie na kilka dni urlopu. W świąteczny poniedziałek, 26 kwietnia, Ciesielski i Pilecki zostali przeniesieni do bloku nr 15, gdzie mieszkali piekarze. Ostatecznie termin ucieczki ustalono na noc z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Więźniowie pracowali w obozowej piekarni na dwie zmiany. Stąd też należało nie tylko być skierowanym do komanda piekarzy, ale trafić także do grupy zatrudnionej na nocnej zmianie.

Niespodziewanie wynikła nowa trudność, bowiem kapo piekarni nagle zdecydował, że Pilecki będzie pracował w nocy, a Ciesielski pójdzie na dzienną zmianę w dniu następnym. Pomogło dopiero wstawiennictwo Jana Redzeja: „Wreszcie wszyscy byli „zrobieni” mową Redzeja, konfiturami, cukrem, jabłkami - z paczek ode mnie, no i wiele dopomógł wesoły nastrój drugiego dnia świąt. Godzina 18:30. Od bramy esesman woła: „Bäckerei...”. (...) Jesteśmy za bramą. Ileż razy ją przekraczałem myśląc: „Kiedy już nie będę potrzebował do niej powrócić”. Dziś wychodzę z myślą, że powrócić w żadnym wypadku nie mogę”.

Pilecki i Ciesielski byli ubrani w cywilną odzież, na którą nałożyli obozowe pasiaki, natomiast Redzej tylko w cywilne ubranie z wymalowanymi czerwonymi pasami na marynarce i spodniach. Dwóch więźniów i dwóch esesmanów poszło do małej piekarni, w której wypiekano chleb dla załogi SS, natomiast sześciu więźniów, w tym Pilecki z kolegami, udało się pod strażą dwóch esesmanów do dużej piekarni. Była ona położona około dwa kilometry od obozu i z kolei wypiekała chleb dla więźniów KL Auschwitz. Wkrótce miał się rozpocząć najbardziej dramatyczny moment związany z bezpośrednią realizacją tak drobiazgowo zaplanowanej i przygotowanej ucieczki.

Z piekarni wyprowadzono ranną zmianę, a nowej kazano wejść do środka. Następnie zatrzaśnięto ciężkie drzwi i z zewnątrz dał się słyszeć jeszcze zgrzyt zakładanej na drzwi sztaby oraz szczęk klucza w kłódce. W budynku piekarni więźniowie zostali zamknięci z dwoma pilnującymi ich esesmanami. Bezzwłocznie musieli przystąpić do pracy, wyznaczonej im przez zatrudnionych w piekarni cywilnych robotników. Byli to mieszkańcy Oświęcimia: Józef Ryszko, Józef Barczak i Michał Jarecki. Już po paru minutach Ciesielski i Pilecki mieli możliwość przekonać się, jak ciężka i mordercza jest to praca. W ciągu kilku mijających szybko godzin nocnych przeżyli wiele emocji. Dopiero kiedy nastąpiło kolejne rozpalenie pieców i krótka chwila przerwy w pracy, przystąpili do realizacji planu ucieczki. Przebywali wówczas w drewutni pod pozorem przygotowania opału. Ciesielski i Pilecki byli zajęci pracą, a Redzej wyciągnął schowany tam uprzednio dorobiony klucz i przystąpił do otwierania drzwi. Następne ogniwo planu - przecięcie dzwonka alarmowego - także pomyślnie zostało zrealizowane. Teraz liczyły się już sekundy. Dzięki sprzyjającym okolicznościom - jeden z nadzorujących esesmanów zajęty był pisaniem listu, a drugi jedzeniem - wszyscy trzej podeszli do żelaznych drzwi, napierając na nie z całych sił. Przy kolejnym naciśnięciu wreszcie ustąpiły. Byli wolni. Błyskawicznie zrealizowali ostatni szczegół planu, czyli zamknięcie drzwi i zabarykadowanie ich od zewnątrz.

Pierwsze dni na wolności

Te pierwsze chwile wolności - kontynuując ucieczkę na wschód poprzez Sołę, a potem Wisłę - tak zapamiętał Ciesielski: „Zapadliśmy w czerń nocy. Padał deszcz. (...) Przez pewien czas szliśmy brzegiem Wisły, który prowadził nas w kierunku wschodnim. Trwało to około godziny. (...) Szliśmy dalej już po to, aby znaleźć jakąś łódź. Rzeczywiście po kilkudziesięciu minutach marszu ujrzeliśmy ją. Kołysała się na wodzie”.

Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności przeprawili się szybko na drugi brzeg Wisły. Było już zupełnie jasno, kiedy znaleźli się po drugiej stronie tej rzeki. W pobliżu był las, w którym ukryci spędzili cały dzień. Wieczorem podjęli dalszą wędrówkę na wschód. Szczęśliwie przekroczyli granicę Rzeszy i przeszli na teren Generalnego Gubernatorstwa, w czym bardzo im pomógł ksiądz proboszcz z Alwerni.

Uciekinierzy po drodze spotkali wielu życzliwych ludzi, ale też czyhały na nich liczne niebezpieczeństwa. Najgroźniejsze zdarzenie zbiegowie przeżyli w Puszczy Niepołomickiej, gdzie niespodziewanie natknęli się na uzbrojonych Niemców. Było to 1 maja 1943 r. Pilecki został wówczas postrzelony w ramię, lecz podobnie jak i dwaj pozostali uciekinierzy zdołał szczęśliwie ujść pogoni.

Pobyt w Bochni

Zbiegowie zmierzali do Bochni, a obranie tego kierunku ucieczki wiązało się z wcześniejszymi do niej przygotowaniami. Otóż pierwotnie Pilecki planował ucieczkę wraz z Edmundem Zabawskim (nr 19574) i Redzejem. W związku z powyższym Zabawski wysłał z obozu list do żony i swojej rodziny w Bochni, w którym napisał: „Cieszę się, że w niedługim czasie przyjdzie do was Elżunia z dwoma koleżankami, będzie wam wesoło”. Imię Elżunia oznaczało Zabawskiego, a koleżanki - to Pilecki i Redzej. Po kilkunastu dniach Zabawski otrzymał odpowiedź, że nie może uciekać, ponieważ na całą rodzinę mogą spaść represje, natomiast dwaj uciekinierzy będą mile widziani oraz znajdą pomoc i opiekę w Bochni. Odpowiedź ta spowodowała, że Zabawski zrezygnował z zamiaru ucieczki, a Pilecki na jego miejsce namówił do udziału w niej Ciesielskiego.

Wkrótce trzej uciekinierzy dotarli do Bochni, gdzie spotkali się z gościnnym przyjęciem w domu Oborów, bowiem u żony Zabawskiego i jej rodziców wyznaczyli sobie już uprzednio miejsce spotkania. Zabawski był zięciem Oborów. Pierwszy przybył Redzej, a w dniu następnym, 2 maja 1943 r., pozostali dwaj uciekinierzy, którzy po wspomnianym zdarzeniu w Puszczy Niepołomickiej chwilowo utracili z nim kontakt.

Za ich ucieczkę władze obozowe nie zastosowały odwetu na więźniach. Jedynie przez Rapportführera został spoliczkowany kryminalista niemiecki, który był blokowym w bloku nr 15, gdzie mieszkało komando piekarzy. Ponadto w areszcie osadzono dwóch esesmanów, którzy nadzorowali więźniów podczas pracy w piekarni, kiedy nastąpiła ucieczka.

O jej szczęśliwym zakończeniu Pilecki wkrótce poinformował Zabawskiego, pisząc list z Bochni, którego nadawcą rzekomo miała być Helena Zabawska, żona adresata. W jego zakończeniu napisał: „Hela się bardzo ucieszyła trzema koleżankami, które przyjechały ją odwiedzić. Są zdrowe i zadowolone. Podróż miały dobrą. Dużo powiedziały nam o Elżuni”.

Ten list był kilkakrotnie czytany przez obozowych konspiratorów: ppłk. Juliusza Gilewicza, ppłk. Teofila Dziamę (nr 13578), mjr. Bończę-Bohdanowskiego i kpt. Stanisława Kazubę, którzy mieli nadzieję, że uciekinierzy sprowadzą zbrojną pomoc z zewnątrz i nastąpi rozbicie obozowej załogi SS. Pilecki natychmiast po przybyciu do Bochni poprosił o kontakt z dowództwem miejscowej placówki AK . W dniu 3 maja 1943 r. znajomy Oborów, Leon Wandasiewicz, zaprowadził go do Nowego Wiśnicza i umożliwił mu spotkanie z zastępcą dowódcy tej placówki. W czasie drogi Pilecki niespodziewanie dowiedział się od niego, że zastępcą tym jest Tomasz Serafiński i wówczas uzmysłowił sobie, że jest to człowiek, pod którego nazwiskiem przebywał w Oświęcimiu (Pilecki był zarejestrowany w KL Auschwitz pod nazwiskiem Tomasz Serafiński).

Spotkanie i pobyt w „Koryznówce”

Spotkanie z prawdziwym Tomaszem Serafińskim, który posługiwał się pseudonimem „Lisola”, stanowiło dla Pileckiego wielkie przeżycie. Serafińscy mieszkali w tzw. „Koryznówce”, będącej kiedyś letnią posiadłością Leonarda Serafińskiego, szwagra znanego malarza Jana Matejki. W domu tym Pilecki znalazł bezpieczne schronienie, ukrywając się przez ponad trzy i pół miesiąca. Z kwaterą dla pozostałych dwóch uciekinierów były kłopoty. W rezultacie Redzej zamieszkał u kolegi szkolnego Serafińskiego w pobliskiej miejscowości, później przez kilka dni przebywał również w „Koryznówce”. Ciesielski z kolei dłuższy czas ukrywał się u Oborów, lecz potem przeniósł się także do Wiśnicza.

Dowódca placówki AK w Wiśniczu Zygmunt Szydek ps. „Wiatr”, kiedy Serafiński - „Lisola” zameldował mu o pobycie trzech zbiegów z KL Auschwitz, nie uwierzył w wiarygodność tej niezwykłej ucieczki, posądzając jej uczestników o współpracę z gestapo. Podobnie zachował się jego zwierzchnik z Obwodu AK , używający pseudonimu „Topola” i Komenda Okręgu AK w Krakowie.

Planowanie zbrojnej akcji na Oświęcim

Nie pomogły wyjaśnienia, że uciekinierzy proszą o pomoc, planując akcję zbrojną w celu uwolnienia więźniów KL Auschwitz, a także opracowali szczegółowe raporty o zbrodniach popełnionych w tym obozie. Na rozkaz dowódcy Okręgu AK w Krakowie polecono „Lisoli” zerwać wszelkie kontakty konspiracyjne ze zbiegami, a ich samych skierować do Rady Głównej Opiekuńczej lub Polskiego Czerwonego Krzyża.

Pilecki przebywając w Nowym Wiśniczu skontaktował się z Komendą Główną AK w Warszawie, która oddelegowała do tej miejscowości swojego wysłannika. Był nim uciekinier z KL Auschwitz, Stefan Bielecki (nr 12692), znany już wcześniej Pileckiemu z pobytu w obozie oświęcimskim. Przywiózł on z Warszawy w dniu 1 czerwca 1943 r. podrobione dokumenty i pieniądze. Namawiał Witolda Pileckiego, aby udał się wraz z nim do Warszawy. Ten jednak odmówił, planując na tym terenie zorganizowanie akcji mającej na celu uwolnienie więźniów KL Auschwitz.

Pilecki zwrócił się do szefa dywersji i uzbrojenia Obwodu AK w Bochni, Andrzeja Możdżenia ps. „Sybirak”, aby na miejscu utworzyć ochotniczy oddział, który podjąłby się niezwykle ryzykownej próby uderzenia na obozową załogę SS i uwolnił więźniów Oświęcimia. Wobec negatywnego stanowiska w tej sprawie Komendy Okręgu AK w Krakowie propozycja ta jako mało realna nie została zaakceptowana.

Andrzej Możdżeń po wojnie oświadczył: „W lipcu 1943 r. w domu Tomasza Serafińskiego w Nowym Wiśniczu miałem rozmowę bez świadków z „Witoldem” zbiegłym z Oświęcimia. Wymieniony „Witold” zwrócił się do mnie z pytaniem, czy może liczyć na pomoc w formie zorganizowania ochotniczego oddziału w sile stu pięćdziesięciu ludzi, celem podjęcia akcji odbicia więźniów Oświęcimia. Oddział ten miał być uzupełnieniem akcji zorganizowanej przez niego na terenie Kielecczyzny. Przyrzekłem wówczas przygotować taki od-dział i opracowałem plan marszu do Oświęcimia. (...) Późną jesienią 1943 r. zostałem powiadomiony, że plan nie dojdzie do skutku”.

O tych zamierzeniach Pilecki zbyt optymistycznie powiadomił kolegów z konspiracji obozowej, ukrywając w paczce, którą Helena  Zabawska wysłała z Bochni dla swego męża w obozie, pisemną informację: „Możemy przyjechać trzema samochodami i rozbić obóz - dajcie znać”.

Po otrzymaniu tej wiadomości wtajemniczeni więźniowie spotkali się z mjr. Bończą-Bohdanowskim (nr 30959), podejmując decyzję, aby takiej akcji nie rozpoczynać. Nie było bowiem możliwości, nawet gdyby obóz opanowano, ukrycia kilkudziesięciu tysięcy więźniów i zapewnienia im bezpieczeństwa. Zabawski został zobowiązany do wysłania Pileckiemu na adres swojej żony odpowiedzi odmownej. Jeden list pisany po polsku wysłał potajemnie dzięki Kazimierzowi Nadybałowi (nr 20024), który miał kontakty z pewnym maszynistą kolejowym. Ponadto Zabawski napisał oficjalny list do domu, w którym informował, żeby „koleżanki Elżuni nigdzie samochodami nie jeździły i zostały do pracy w domu”. Z Bochni nadeszła odpowiedź, ukryta przez Helenę Zabawską tym razem w małej paczuszce, że zapowiedziana akcja na razie nie nastąpi, a uciekinierzy wyjeżdżają do Warszawy.

Warto zaznaczyć, że Pilecki i dwaj jego koledzy brali aktywny udział w pracy konspiracyjnej oraz akcjach dywersyjnych podejmowanych przez placówkę AK w Nowym Wiśniczu, o czym tak napisał Ciesielski: „Zorganizowaliśmy akcję sabotażową na mleczarnie w Rzezawie i Królówce, następnie akcję na magazyn z bronią. (...) Mimo tych zajęć, wynikających ze służby w miejscowej organizacji AK, cała nasza trójka pilnie pracowała nad szczegółowymi raportami o obozie oświęcimskim. Raporty te zostały przesłane do Warszawy. Tu przetłumaczono je na język: niemiecki, angielski i francuski. Miały być potem przekazane za granicę, aby powiadomić i zaalarmować opinię publiczną świata o zbrodniach hitlerowskich dokonywanych w Oświęcimiu”.

Wyjazd do Warszawy

Negatywny stosunek Komendy Okręgowej AK w Krakowie do działań mających na celu zorganizowanie oddziału, który uderzyłby na załogę SS w KL Auschwitz i przyniósł wolność więźniom spowodował, że Pilecki, który wówczas posługiwał się pseudonimem „Romek”, zdecydował się na wyjazd do Warszawy. Do okupowanej stolicy dotarł 23 sierpnia 1943 r.

W Nowym Wiśniczu pozostawił raport, który napisał na temat konspiracji wojskowej w KL Auschwitz zaraz po ucieczce z tego obozu, w czerwcu 1943 r. Raport ten został ukryty w ziemi i odkopano go dopiero po wojnie. Ponadto z okresu pobytu Pileckiego w Nowym Wiśniczu zachował się jego olejny portret, namalowany przez miejscowego malarza Jana Stasiniewicza. Pilecki obdarzony uzdolnieniami artystycznymi wykonał w tym czasie także rysunek węglem kościoła w Starym Wiśniczu i kolorowymi kredkami rysunek ułana na koniu. W domu Serafińskich na „Koryznówce” pozostała po nim również zapalniczka, którą jako jedyną pamiątkę zabrał ze sobą, uciekając z obozu oświęcimskiego.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 31 stycznia 2013 r.

NA FILM O ROTMISTRZU PILECKIM
Do dnia 14 września w ramach zbiórki publicznej wpłyneło:
151 236,76 zŁ
Po zakończeniu zbiórki do dnia 4 listopada na konto wpłyneło:
 26 724, 20 zł
 
Filmy oferowane przez
 Logo Stowarzyszenie AM kolor
są dostępne w sklepie: 

Oficjalne utwory akcji "Projekt: Pilecki"

"Ochotnik" FORTECA

"Projekt: Pilecki" objął patronatem płytę "Rotmistrz"

 "Rotmistrz Witold Pilecki" Cold Calculated

  "Zabrali mi Ciebie Tato" Joined

  "Nie byli obojetni" Joined

 

Zobacz zwiastun filmu "Ucieczka z piekła. Śladami Witolda Pileckiego"

 
 
 
 
 
 
 
Więciej o filmie znajdziesz tutaj:
 
 

 Patronat nad akcją

logo wMeritum png

Kontakt

STOWARZYSZENIE
AUSCHWITZ MEMENTO

Ul. Partyzantów 1, 32-600 Oświęcim
Tel.: 503-078-357, 508-099-030

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.;

Adres dodatkowy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.;

strona www: http://auschwitzmemento.pl

media o nas

Decyzja Ministra Administracji
i Cyfryzacji 

zgoda na zbiorke p1zgoda na zbiorke p2

Sprawozdanie ze zbiórki

sprawozdanie ze zbiorki projekt pilecki

Czytelnicy komiksu historycznego "Jan Hardy"
NA FILM O ROTMISTRZU PILECKIM
przekazali 222 cegiełek na kwotę:
444 ZŁ

dizpiasnicasistrzyczkazjs

 

© 2012 AuschwitzMemento